Biegając z nożyczkami - z życi[a] wzięte.

in polish •  5 months ago

Wczoraj, podczas zbierania rozsypanego po kuchni groszku ptysiowego zastanawiałam się, dlaczego, no dlaczego znowu to zrobiłam. Przecież to nie był pierwszy raz, ba, nawet nie dziesiąty czy setny.

I tak jak zawsze, po fakcie pojawił się wyrzut: trzeba było użyć nożyczek.

Tylko że to nie jest takie proste u mnie, bo zazwyczaj nie wiem, gdzie są nożyczki. Nawet w tej chwili wystarczył lekki obrót głowy w lewo by stwierdzić, że nic się w tym względzie nie zmieniło. Znowu nie ma ich w miejscu, w którym być powinny.

Dlatego gdy biorę do ręki opakowanie foliowe, to wiem, że rozwiązania są dwa:

a) Idę po nożyczki i rozcinam opakowanie.

Rozwiązanie idealne, gdyby nie wspomniane już wyżej małe "ale". W większości przypadków nożyczek nie ma w miejscu, w którym się ich spodziewam. Efekt? Woda na makaron wrze, a ja przetrząsam mieszkanie w poszukiwaniach. Zazwyczaj wracam do kuchni na tarczy i otwieram opakowanie ręcznie.

b) Świadoma realiów i nauczona doświadczeniem otwieram opakowanie ręcznie.

Chwileczkę, powiecie. Cóż łatwiejszego, niż zakupić kilka par nożyczek i rozmieścić w strategicznych punktach? Tak na pewno robi perfekcyjna pani domu, ba, tak robi zapewne niejedno z was!
Powiem więcej - na pewno wielu z was ma tylko jedną parę nożyczek i one są ZAWSZE na swoim miejscu.

Nie u mnie. Duplikowanie też nie działa.

Dlaczego? Ponieważ w moim domu nożyczki należą do grupy przedmiotów charakteryzujących się stuprocentową, samoistną dematerializacją.

Oprócz nożyczek w grupie dumnie prężą pierś między innymi:

Nożyki do warzyw, skarpetki (tylko pojedyncze sztuki), łyżeczki, długopisy i pęsetki.

Każdy z tych przedmiotów, nawet zakupiony w ilościach hurtowych, znika po krótkim czasie bez śladu. Owszem, przez chwilę panuje dobrobyt. Wtedy co rusz przeliczam łyżeczki i muskam palcami rozłożone tu i ówdzie długopisy. Z lubością otwieram szuflady i napawam się widokiem równego rzędu nożyków. Chłopaki tarzają się w stosie kompletnych par skarpetek.
Rychło jednak powraca proza życia i wtedy można mnie spotkać, jak w bezskutecznych poszukiwaniach snuję się utartym szlakiem pomiędzy kuchnią, dużym pokojem i łazienką...

Dlatego, mając to wszystko w głowie, zazwyczaj wybieram opcję b, czyli otwieram opakowanie ręcznie.

Ale o co chodzi? Co za problem otworzyć torebkę foliową ręcznie? A jednak!

Tak już mam, że 99% opakowań foliowych z którymi mam do czynienia, rozdzierają się w pionie, a nie w poziomie. Opakowanie z groszkiem ptysiowym rozdarłam wczoraj na pół, w pionie właśnie - ciężko było cokolwiek ratować. Tak samo mam z mrożonkami warzywnymi, makaronami i płatkami do mleka.

Próbowałam już różnych sztuczek.

Delikatnie chwytam u góry opakowania i ciągnę powolutku, starając się nadać właściwy kierunek rozdarciu - poziomo, do cholery, nie w dół!!!
Dźgam nożem a potem targam. Dźgnięty kawałek jest poziomy, owszem, ale reszta idzie w dół.
Odgryzam róg opakowania. Działa, gdy w środku są małe produkty, które bez problemu wysypują się przez niewielki otwór. Jeśli go trzeba powiększyć... to wiadomo.

Nie pomaga nic oprócz nożyczek, których jak już wiecie nie ma pod ręką.

Powiecie, że można odwrócić opakowanie o 90°, by uczynić z nieszczęsnego pionu poziom. Tyle, że ja nigdy nie pamiętam, których dokładnie opakowań dotyczy opisywana przypadłość. Dostaję produkt z nadrukiem i względem tego ustalam górę i dół. Pion i poziom. Jeszcze nie dotarłam do tego momentu, żeby zapisywać trefne opakowania.
I tak, czasami trafi się perełka. Jak ten niedrogi makaron kupiony w Lidlu. Hura, dzisiaj będzie makaron w zupie, a nie na podłodze!

Nie mogę powiedzieć, że mi to zatruwa życie, ależ skąd. Ot, taki lokalny, indywidualny koloryt. Mała ryska, nadająca unikatowego charakteru mej codzienności. Przynajmniej jest się z czego pośmiać... później. Jak już posprzątam.

Na zakończenie, by uzmysłowić wam powagę sytuacji, jeśli chodzi o znikające przedmioty w moim domu, posłużę się dokumentacją zdjęciową. Fotka ma swoje lata... aż się łezka w oku kręci.

Któregoś dnia, po powrocie z pracy zastałam taką sytuację:

Młodszy syn, wtedy siedmioletni, przykleił do stołu nożyczki na dwustronnej taśmie montażowej.
– Dlaczego to zrobiłeś, synku? - zapytałam.
– Żebyś ich już nie musiała szukać po całym domu - odpowiedział.

Prawda, że sprytnie? Zawsze pod ręką!

Przez chwilę nawet działało. Potem i one zniknęły.


fotka nr 1: pixabay + trochę fotoszopa

Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!
Sort Order:  

hahhah ha!! 😂
to jest po prostu cudowny tekst!
so true!

najgorsze jest to, że człowiek CHCE sie nauczyć na własnych błędach, ale cóż z tego! później i tak sie ślizga na tym makaronie (ta daremność!)

ja myślę, że ten oprawca, który robi takie oprawki:), opakowania i torebki foliowe, ma z nas niezły ubaw (i będzie sie smażył w "piekle" :)

·

Taaaak, często sobie wyobrażam producenta, który czyta reklamacje od wkurzonych pań domu i zaśmiewa się do łez :D

Dziś. Makaron łazanki. Opakowanie pękło do mniej więcej połowy wysokości. Tyle mojego, że pęknięcie odbyło się tym razem nad blatem kuchennym.
Gdzie były nożyczki? Tam gdzie zawsze - w szufladzie kuchennej.
Kim jestem? Jestem zwycięzcą! :D

·

Mieć nożyczki pod ręką i ich nie użyć. Master Level!

Hehe no to ja mam podobnie jak @bowess.
Mam nożyczki w szufladzie w kuchni, jak by zniknely to mam i w lazience, mam w apteczce, nawet w szafce w korytarzu, tuż obok drzwi od kuchni.
U mnie nożyczki są i są pod kontrolą- pewnie dlatego, że mam maluchy.
Co z tego, że są? Czy dzięki temu moje produkty zawsze lądują tam gdzie trzeba?
A gdzie tam! To, że milionpięćsetstodziewięćset razy pod rząd mi się coś wysypało nie oznacza, że i tym razem tak będzie... kto by sie fatygował by otworzyć szufladę... a po co to, a na co? Tym razem na pewno się uda... :D

·

Następna :D
Ja to przynajmniej wytłumaczenie mam ;)

Nożyczki, łańcuszek, bateria od zlewu ;-).

Innym rozwiązaniem jest mieć w kuchni nożyczki, które są tak kiepskie, że nie nadają się do niczego innego niż rozszarpywanie bardziej niż cięcie opakowań z żywnością. U mnie takie stoją w stojaku na noże. Żaden z domowników się na nie nigdy nie pokusi, są bezpieczne. W przeciwieństwie do dziesiątek ich zaginionych i wkrótce-zaginionych pobratymców. :-D

·

Nożyczki, łańcuszek, bateria od zlewu ;-)

Pachnie Bareją :D

Cholera, u mnie poginęły nawet małe nożyczki chłopaków z czasów wczesnoszkolnych :) Żadnej świętości!

·
·

A jeśli nie poginęły? Tylko poukrywały się gdzieś w niedostępnym miejscu i założyły nową cywilizację? Z wycinka Twojego mieszkania wykroiły swój raj na ziemi. Żyją tam sobie spokojnie, szukając szczęścia, tępiąc się w nieróbstwie. Tylko nieliczne z nich to niespokojne duchy, które założyły podziemny ruch ostrzowyzwoleńczy i gdy zapada noc i bezruch, cicho szczękając wychodzą na poszukiwania nowych obywateli do swojego minipaństwa.

·
·
·

I jak ja teraz spać pójdę? Tym bardziej, że gdzieś jeszcze muszą być siedliska samotnych skarpet, nożyków, łyżeczek i pęsetek. I długopisów. A jeśli się zjednoczą?
Gdzieś tu jest Szuflandia. Opukam ściany.

·
·
·
·

Spokojnie to ideowcy, brzydzą się przemocą. Zasypują kandydatów na nowych obywateli skrawkami swojej ideologii Znani są z ostrej propagandy i ciętej krytyki wobec burżuazyjnego obozu konserwatystów, który po prostu lubi przecinać.

:D

·
·
·
·
·

Kolejna noc spokojna. Musi być tak, jak piszesz. To tylko zacięci ideowcy ;)

Polska kinematografia też już o tym wspominała :)

·

😂 😂

O widzisz! Ja tak mam z rzeczami, których akurat teraz zaraz potrzebuję. Znikają. Ale znowuż, gdy ich nie potrzebuję, pojawiają się w strategicznych miejscach. I jak żyć?
Btw. Prze fajny tekst! :)

·

Dzięki :)
O tak, istnieje taka grupa przedmiotów, o których wspominasz. Narzucają się, śledzą mnie i podkładają tuż po ręce, by kluczowym momencie zniknąć z przestrzeni domowej. Oczywiście pojawiają się ponownie, gdy już ich nie potrzebuję.