Marianne i jej "łokieć penisisty", czyli o tym, że miłość jest wszędzie.

in polish •  3 months ago  (edited)

Powiem Wam coś o Irinie Palm. Ma najlepszą prawą rękę w Londynie. Skóra jej dłoni jest gładka a ruchy uważne i delikatne. Jest królową Sexy World, do której co wieczór ustawiają się długie kolejki mężczyzn. Konkurencja knuje, jak ją przejąć.

Ona zaś pozostaje skromna i nieświadoma swej mocy, zaskoczona zamieszaniem, jakie wywołuje.

Przecież niczego nie potrafi, całe życie była gospodynią domową. Zawsze żyła w cieniu, zawsze dla innych.

I pragnie tylko jednego - by jej wnuczek Ollie mógł wyjechać na operację do Australii.


Uwaga, spoiler!


Poznajcie Maggie. Nie jest ociekającą seksem kicią, lecz niczym nie wyróżniającą się kurą domową w średnim wieku. Może kiedyś była piękna i fascynująca, lecz dziesiątki lat nijakiego życia na przedmieściach Londynu przygasiły jej światło.

Ciągle ten sam płaszcz, ta sama brzydka torba i jedna fryzura. Cicha, lecz nie pozbawiona godności rezygnacja. Pozycja kobiety, która już niczego od życia nie oczekuje. Która nawet nie wie, że mogłaby czegokolwiek oczekiwać! Która uśmiecha się tylko do swojego chorego wnuczka.

Tak zaczyna się ten film. Spokojnie, trochę nudno. Zwrócił moją uwagę dlatego, że główną rolę gra w nim Marianne Faithfull.

Marianne Faithfull - Live in Istanbul,
Andrew34 [Public domain];
www.commons.wikimedia.org

Bo obok Marianne nie potrafię przejść obojętnie. Piękna kobieta, arystokratka z pochodzenia (spokrewniona z Habsburgami), piosenkarka i aktorka, muza wielu artystów. Nie trzeba czytać jej życiorysu, wystarczy posłuchać jak śpiewa - w jej głosie jest wszystko.

Z tych najczęściej przytaczanych faktów o niej możemy się dowiedzieć, że w latach sześćdziesiątych była kochanką Micka Jaggera. To daleko idące i niesprawiedliwe uproszczenie, bo ona nigdy nie była i nie jest "dodatkiem" do kogoś. Nagrała blisko trzydzieści płyt (ostatnią w zeszłym roku), współpracowała z wieloma muzykami, nie ograniczała się do jednego nurtu. Pamiętacie kawałek The Memory Remains i kataryniarkę o przepitym głosie?

Dlatego też, dziesięć lat temu, z ogromną ciekawością rzuciłam się na niszową europejską produkcję pod tytułem Irina Palm. Chciałam popatrzeć na Marianne i posłuchać jej głosu... nie spodziewałam się, że i historia z jej udziałem porwie mnie za serce. A tak się stało. To jeden z tych filmów, po których uśmiech nie schodzi mi z ust do końca dnia, a w sercu na dłużej pozostaje przyjemne ciepło i lekkość.

Brzmi dziwnie zważając na to, w jakim klimacie rozpoczyna się opowieść. Tak, na początku nic nie zapowiada happyendu. Nie zapominajmy też, że jest to film brytyjski, pozbawiony emocjonalnych fajerwerków. Bohaterowie cierpią i radują się w ten sam, opanowany sposób. Emocje buzują głębiej i empatyczny widz odbierze je bez problemu.

Początek już nakreśliłam - choroba dziecka, bezradność rodziców i zrozpaczona babcia błąkająca się po ulicach Londynu w poszukiwaniu rozwiązania. Tak Maggie trafia na klub Sexy World w Socho, w którym szukają "hostessy" do pracy i schodzi do jaskini rozpusty, prostolinijna i pomimo swego wieku bardzo naiwna. Już pierwsze zetknięcie z właścicielem, mrukliwym Mikkim, jest jak zderzenie ze ścianą.

Mikky to zgorzkniały facet, który wcale nie wygląda jakby lubił swoją pracę. Właściwie ma się wrażenie, że nikogo nie lubi, a najbardziej siebie.
Pomimo swojej profesji nie budzi jednak odrazy, bo wydaje się być tak samo pogubiony w życiu jak Maggie. Oboje są szorstcy i małomówni, w ich spotkaniach można niemal usłyszeć zgrzyt tarcia dwóch niezależnych osobowości, kanciastych i ociosanych na ostro przez życie. Mimo tego wyczuwa się coś jeszcze. Nieuchwytne podobieństwo doświadczeń i ogromny potencjał ciepła uśpiony w obojgu.

Niezwykłe jest to, w jaki sposób obie postaci zostały nakreślone - właściwie nic nie przemawia za tym, by je lubić a mimo to... wraz z upływem czasu budzą coraz większą sympatię. Ich nieporadne próby wzajemnej komunikacji wywołują uśmiech zrozumienia... Są tacy naturalni i uroczo niezdarni w wyrażaniu myśli i uczuć. Są tacy... ludzcy.

Lecz zanim obdarzyłam bohaterów sympatią doświadczyłam delikatnego wstrząsu obyczajowego, choć od strony moralnej nie mam problemu ze zjawiskiem prostytucji. Co innego jednak przyjąć coś do wiadomości i zaakceptować, a co innego obejrzeć to od kuchni.

A jak to wygląda w Sexy World? W klubie tańczą piękne, roznegliżowane dziewczyny, lecz nie to stanowi o atrakcyjności lokalu, a jedyna w Londynie innowacja. Pobudzeni występami panowie mogą doznać spełnienia w dość osobliwy sposób, który, jak sam Micky z dumą wspomina, został zaimportowany z Tokio.

Wystarczy wrzucić monetę i wetknąć swe przyrodzenie w dziurę w ścianie, by siedząca po drugiej stronie "hostessa" uwolniła klienta od nagromadzonego podniecenia. Pięć minut i voila. Następny proszę!

Upływa trochę czasu, zanim Maggie decyduje się podjąć pracę w klubie, ale ostatecznie cel nadrzędny - ratunek dla wnuka - zwycięża.

Niezwykłe, jak wiernie towarzyszyłam jej emocjonalnie w tych zmaganiach. Początkowo szok, nawet obrzydzenie, następnie chłodna rezerwa... potem powoli nadciągająca akceptacja, oswojenie z tą przedziwną sytuacją. Oswojenie z ludzką żądzą, pod którą kryje się wstydliwie pragnienie ciepła i ludzkiego dotyku, spełnienia i odreagowania.

Paradoksalnie ten pozorny "upadek" Maggie staje się drogą do wyzwolenia z życiowego marazmu, z poczucia, że do niczego się nie nadaje. Początkowo kobieta bardzo się wstydzi - unika pytań wścibskich sąsiadek, przemyka do swej nowej pracy jak złoczyńca.

Z czasem jednak okazuje się, że jest świetna w tym, co robi, ba, najlepsza!

Sława jej aksamitnych dłoni rośnie, do nęcącej dziurki w ścianie ustawiają się długie kolejki a Micky nadaje jej pseudonim artystyczny: Irina Palm. Upomina się o nią konkurencja. Maggie negocjuje pożyczkę na operację wnuka, po raz pierwszy w życiu czuje się coś warta. Odważnie konfrontuje się z bigotkami ze swojego miasteczka i choć w ich mniemaniu traci twarz, to we własnych oczach zyskuje godność. Zaczyna inaczej mówić i trzymać głowę - pojawia się Marianne Faithfull jaką znam.

Przeżywa też brutalne starcie z synem, który dowiaduje się o jej zajęciu. Muszę przyznać, że kipiałam złością obserwując w jaki sposób ją potraktował. Nieudacznik, który się poddał i tylko biadolił, że nic nie można już zrobić... A gdy matka postawiła na szalę swoją godność, by ratować jego dziecko, zgnoił ją w najgorszy sposób. Jego postać wypada koszmarnie słabo w starciu z nią. On, ten świętoszkowaty i porządny – przegrywa. Ona, ta brudna i upadła - wygrywa. To było jak starcie odhumanizowanej pseudomoralności z prawdziwym obliczem poświęcenia i miłości. Coś podobnego doświadczyłam w filmie "Przełamując Fale".

Co mnie w tym filmie fascynuje? Gdy rozkładam go na czynniki pierwsze, to nie potrafię znaleźć ani jednego pozytywu. Trudna tematyka, ciemne ujęcia (pochmurne niebo, noc, mroczne wnętrza), przygnębiająca oprawa muzyczna, nikła akcja, szorstkie charaktery... A pomimo tego jest w tej produkcji ogromny ładunek komizmu i ciepła.

To jest film przyjazny ludziom - takim, jacy są faktycznie, ze wszystkimi ich słabościami, ograniczeniami i błędnymi decyzjami. To jest film, który nie ocenia i nie piętnuje. Nie wyśmiewa. Pokazuje, że dobro ma różne oblicza. Że nie zawsze to, co piękne i idealne na zewnątrz, jest dobre w środku. Że w każdym człowieku tkwi diament, tylko czasem trzeba się przebić przez skałę, która go skrywa. Że często ci, którzy najgłośniej krzyczą o moralności mają z nią niewiele wspólnego.

To jest ukryte głębiej - ten pozytywny wydźwięk, to ciepło dla człowieka, ten komizm. Nawet teraz mam wrażenie, że opisałam bardzo smutny, przygnębiający film... a jest zupełnie odwrotnie! Za każdym razem, gdy go oglądam śmieję się serdecznie z wielu momentów. Gdy Maggie urządza swoją sex-klitkę w typowy dla przyzwoitej pani domu sposób. Gdy popada w taką rutynę, że robi swoje czytając gazetę. Gdy nabawia się kontuzji i oznajmia swoim sąsiadkom bigotkom, że ma "łokieć penisisty". Gdy przemyka chyłkiem do klubu, jak mała, niegrzeczna dziewczynka.

Bardzo polecam ten film osobom, które lubią emocje zaszyte w nikłej akcji. Które nie boją się konfrontacji z własnymi przekonaniami. I tym, którzy pragną zobaczyć na ekranie zwykłego człowieka, a nie jego wyidealizowany i odhumanizowany obraz.

Bo między tym, jacy jesteśmy a tym, jacy powinniśmy (według przeróżnych religii, idei, guru i innych tak zwanych autorytetów) być, jest ogromna przepaść, która generuje wiele niepotrzebnego cierpienia.

Peace&Love

Materiały (oprócz oznaczonego w tekście): kadry z filmu Irina Palm, 2007, reż. Sam Garbarski (https://www.filmweb.pl/Irina.Palm)

Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!
Sort Order:  

Łokieć penisisty... najpierw wzbudził u mnie konsternację, gdy nagłówek czytałem, a potem śmiech. Chyba obejrzę ten film, brzmi ciekawie i oryginalnie. Swoją drogą jestem ciekaw czy ktoś celowo użył dwuznacznego w tym kontekście "na własną rękę" w opisie na FilmWebie:

Kobieta postanawia na własną rękę zdobyć pieniądze zatrudniając się w seksbiznesie.

;)

😀😀😀

zasłuchałam się.
jak dla mnie, to mogłabyś opowiadać: dramat sportowy, horror, pornol, western lub relację z sejmu - obojętnie - słuchałabym jak zaczarowana 😍

❤️

Ubarwione relacje z sejmu... To mogłoby być ciekawe ;)

Co to za bezczelne uprzedmiotowienie mezczyzn, skandal!

Nic podobnego. To przecież setki dzielnych... tych... no, razem uratowali Olliego!

  ·  3 months ago (edited)

Zapowiada się fantastyczny filmowo tydzień. Najpierw Szklany Wilk podsuwa mi "Napoleona Wybuchowca", teraz "Irina Palm" od Ciebie. :)

Opisałaś klimat i warstwę psychologiczną (trochę drętwo to wygląda w zapisie, ale mam nadzieję, że wiesz, co mam na myśli) tak, że wiem na 100% - to film dla mnie.

  ·  3 months ago (edited)

Wiem, o co chodzi - myślę, że jak najbardziej może Ci podejść! Jestem bardzo ciekawa Twojego odbioru :)

PS: I dziękuję bardzo ❤️❤️

Film dodany do playlisty
Dzięki

Proszę bardzo :)

Film już zobaczony, jak dla mnie 8/10 mimo spojlera w powyższym artykule.

Ale jesteś szybki :)
Fajnie, że się podobało!

Słyszałam o tym filmie, ale niestety jeszcze nie widziałam (dodane do listy :) )
Przepieknie opisane, ale muszę się przyczepić do stwierdzenia iż pani Faithfull ładna jest. Ona przepiekna to była za młodu, gdy jeszcze niezniszczona przez narkotyki, chlańsko i przygodne seksy była. Ale teraz za to ma GŁOS.
Ps. Mam fajną książkę o niej, mogę podrzucić jak wrócę w lipcu :)
Ps2. sorry za kolejne opóźnienie w czytaniu i komentowaniu Twoich arcydzieł :)

Nic nie szkodzi, cieszę się, że coś tam dla siebie wyłapujesz.
Ładna już nie jest, ale "piękna" - dla mnie tak. Bo to słowo może mieć dla każdego inne znaczenie. Chodzi mi o taki rodzaj piękna, który się zabiera do grobu ;) Trzeba zresztą zobaczyć, jak ona w tym filmie odzyskuje godność, to wręcz widać w sposobie, w jaki zaczyna mówić i patrzeć... no królowa! Bardzo polecam :)

Dość długo przymierzałem się do tego filmu, aż doszło do tego, że o nim zapomniałem... Dziś czytając Twój najnowszy post przypomniałem sobie o tym, że mam pewną filmową zaległość.

Warunki idealne, leniwe niedzielne popołudnie pozwoliło w pełni dać się porwać Irinie.

Film świetny, znalazłem w nim sporo "ziarenek" :) Dziękuję @wadera