1. Rozdział 4steemCreated with Sketch.

in #polish7 months ago (edited)

Bocznymi dróżkami Evin wrócił do domu. Kiedy wszedł do kuchni, zobaczył, że wszystkie dzieciaki są już na nogach i głośno hałasują. Mała Kristy, dwuletnia córeczka Leitha, starszego brata Evina, siedziała w swoim foteliku i śmiała się głośno, obserwując bawiące się młodsze rodzeństwo chłopaka. Matka krzątała się po kuchni, narzekając na głośną zabawę dzieci.
Kiedy Evin wszedł do pomieszczenia, wszyscy ucichli. Dzieci zamarły, wpatrując się w chłopaka.
— Jesteś wreszcie! — zawołała matka.
Evin uśmiechnął się do niej i położył na stole torbę z kupionymi na targu warzywami. Potem wręczył matce woreczek z pieniędzmi. Kobieta zajrzała do środka i po chwili popatrzyła ze zdziwieniem na syna.
— Dwadzieścia dwie srebrne monety? — zapytała z niedowierzaniem.
Evin uśmiechnął się jeszcze szerzej i pokiwał głową. Kobieta odwzajemniła uśmiech i, schowawszy pieniądze, zaczęła przygotowywać warzywa do obiadu.
Evin ściągnął płaszcz i rzucił na stołek. Popatrzył na młodsze rodzeństwo i bratanicę. Cała czwórka wciąż mu się przyglądała. Żadne z nich od jego powrotu nie poruszyło się ani nic nie powiedziało. Evin zawsze był dla nich w pewnym sensie bohaterem. W końcu nie bał się polować na dzikie zwierzęta w zakazanym lesie, choć groziła za to kara śmierci…
— Co tak stoicie i nic nie mówicie? — zawołał radośnie, uśmiechając się do dzieci. — Mam coś dla was!
Po tych słowach młodsze rodzeństwo otoczyło go, chcąc dowiedzieć się, o co mu chodzi. Kristy wyciągnęła w jego stronę rączki.
Evin powoli wyciągnął z kieszeni nieduże zawiniątko. Kiedy je rozwiązał, oczom dzieci ukazały się cztery małe babeczki. Młodsze rodzeństwo chłopaka krzyknęło z radości i zaczęło sięgać po słodycze. Evin zaśmiał się i uniósł rękę w górę poza zasięg dłoni dzieci.
— Daj! Daj! — wołały jedno przez drugie.
W końcu chłopak zlitował się nad nimi i każdemu wręczył po jednym. Potem podszedł do małej Kristy i zaczął ją karmić. Matka popatrzyła na niego z uśmiechem.
— Skąd to wziąłeś? — zapytała. — Przecież nie stać nas na takie luksusy.
— Zwinąłem takiemu tam jednemu arystokracie. — Ostatnie słowo wypowiedział trochę ironicznie. — Miał ich tyle, że cztery mniej nie sprawiłyby mu większej różnicy — dodał z szerokim uśmiechem. Starsza kobieta pokiwała głową, również się uśmiechając i wróciła do przygotowywania obiadu.
Kiedy matka odwróciła się od Evina, chłopak chwycił młodszego brata za ramię i wyszeptał do niego:
— Jutro zabieram cię ze sobą na polowanie. Musisz trochę poćwiczyć.
Gerat popatrzył na niego z podekscytowaniem. Miał zaledwie trzynaście lat i zawsze chciał być taki, jak jego starszy brat, chodzić z nim na polowania i mieć niesamowite przygody.
— Będziemy polować na śnieżaki? — zapytał z szeroko otwartymi z podekscytowania oczami.
— Nie, na zajączki i sarenki — powiedział z uśmiechem Evin i rozczochrał bratu włosy. — Jesteś za mały na śnieżaki…
Entuzjazm Gerata osłabł. Widząc to, Evin powiedział:
— No dobrze. Jak jutro uda ci się upolować coś konkretnego, to zastanowię się nad śnieżakami.
Gerat znów uśmiechnął się.
Po południu Evin znów ruszył na targ. Lubił przebywać w tym miejscu, głównie z powodu Malii. O tej porze na drogach Fortess nie było już tak tłoczno, jak w porze modlitwy, ale mimo to wiele ludzi zmierzało na targ.
Kiedy Evin dotarł wreszcie na miejsce, ogarnęła go lekka złość. Zawsze był zły, kiedy widział Branna rozmawiającego z Malią. Kiedyś byli dobrymi przyjaciółmi, ale od czasu degradacji ojca Evina stosunki między nimi uległy zmianie. Mimo że nie okazywali sobie nawzajem wrogości, wyraźnie było widać, że nie darzą się sympatią. Brann był synem Larsa i jego przyszłym następcą. Z zapałem głosił to, w co Evin zawzięcie nie wierzył.
— Cześć — powiedział lodowato, kiedy dotarł do straganiku Malii.
Brann zmierzył chłopaka spojrzeniem pełnym wyższości.
— Cześć — mruknął.
Malia uśmiechnęła się do Evina. Ona też do końca nie przepadała za Brannem, ale co mogła zrobić? Gdyby powiedziała mu wprost, że nie życzy sobie jego towarzystwa, w najlepszym przypadku musiałaby żebrać, żeby przeżyć kolejny dzień.
— Jak tam rodzinka? — zapytał drwiąco Brann, nie odrywając wzroku od Evina. Chłopak uśmiechnął się do niego. Jeśli Brann myślał, że zacznie narzekać, grubo się mylił.
— Nie przypominam sobie, żeby kiedyś było lepiej — powiedział. Brann, niezbyt zadowolony z odpowiedzi byłego przyjaciela, zwrócił się do Malii:
— Na czym skończyłem?
— Na tym, jak zaskoczyłeś mistrza szkoły rycerskiej — przypomniała dziewczyna.
— No tak... mówię ci! To było coś świetnego! Potem słyszałem, jak rozmawiając z ojcem, powiedział, że dawno nie miał tak dobrego i pojętnego ucznia — powiedział Brann z zadowoleniem.
Evin stłumił śmiech. Tamten popatrzył na niego ze złością.
— O co ci chodzi? — zapytał.
Evin wzruszył ramionami.
— O nic. To było niechcący. Nie miałem zamiaru się z ciebie śmiać. Rzeczywiście, żeby przeczytać i opanować, to, co piszą w głupiej książce, trzeba być niebywale pojętnym — powiedział całkiem poważnie.
Malia zasłoniła usta dłońmi, żeby nie wybuchnąć śmiechem.
— Taki z ciebie mądrala? — zapytał jeszcze bardziej zdenerwowany Brann. — To może zmierzymy się? — zapytał.
Evin wzruszył ramionami.
— No dobrze. Kiedy i gdzie?
— Jutro w południe. Tutaj, na targu. Chcę, żeby wszyscy widzieli twoją porażkę.
— No dobrze — powtórzył Evin.
Na chwilę zapadło milczenie. Obok straganu Malii przebiegła gromadka dzieci i zgromadziła się wokół starca siedzącego niedaleko.
— Stary Timie! Opowiedz nam o dawnych czasach! — zawołało jedno z nich.
Stary mężczyzna popatrzył z uśmiechem na dzieci i zapytał:
— Chcecie posłuchać o elfach i magii?
— Taak! — zawołały chórem dzieci.
Stary Tim zaśmiał się.
— No dobrze. Od czego by tu zacząć? Mój pradziadek, kiedy jeszcze żył, opowiadał mi, że dawno, dawno temu żyły w tych krainach rozmaite stwory. Elfy najpiękniejsze ze wszystkich istot świata, nieduże krasnoludy, zielone, krostowate gobliny i inne podobne do nich istoty, skrzydlate konie, czyli pegazy, prawie błękitnoskórzy ellesarowie, bardzo podobne do elfów... Potrafiły one władać magią, dzięki której dokonywały wielu cudownych czynów. Ludzie również to potrafili… — podjął opowieść.
— Czy to prawda, że latali na smokach? — zapytało jedno z dzieci.
Tim pokiwał głową.
— Oczywiście, że tak. W tamtych czasach to właśnie był jeden z najwygodniejszych środków transportu, że tak powiem. Ludzie, smoki i inne istoty zawsze żyli w przyjaźni, dzieląc się tym, co mieli.
— Brednie — mruknął Brann.
Evin i Malia spojrzeli na niego, a chłopak ciągnął dalej:
— Powinienem go uciszyć.
— Daj spokój — powiedziała Malia. — Nikt nie bierze tego na poważnie. W końcu to Stary Tim. Zawsze opowiadał takie historyjki i jeszcze nikomu nic się nie stało — zauważyła.
Brann skrzyżował ręce na piersi i wbił spojrzenie w Starego Tima. Evin również zwrócił się w stronę starca, słuchając jego opowieści.
— Stary Timie! — zawołało tymczasem inne dziecko. — Skoro magia nie istnieje, to dlaczego ten świat nazywa się Trzecim Magicznym Światem Minaris? — zapytało.
— Istnieje legenda, że jeszcze zanim powstał nasz świat, istniały już dwa inne, w których mieszkały elfy, gobliny, krasnoludy i ludzie, i w których magia była na porządku dziennym. Nazywano je Pierwszym i Drugim Magicznym Światem Minaris. Kiedy powstał nasz Świat, te istoty dzięki magii dostały się do niego i zasiedliły go. Gdy po pewnym czasie ludzie stworzyli ogromne imperia, którymi są, jak dobrze wiecie, Fortess, Kanion, Drungedon i Pustynia, wypędzili magiczne istoty i wszystkich, którzy byli w jakimś stopniu związani z magią. Uważali, że magia jest czymś złym, co podarowały nam Siły Zła, choć mój pradziadek uważał zupełnie inaczej. Twierdził, że magia jest najlepszym darem dla ludzkości i że dzięki niej możemy zrobić wiele dobrych i pięknych rzeczy…
— Dość tego! — zawołał ze zdenerwowaniem Brann.
Wszystkie zebrane wokół Starego Tima dzieci popatrzyły na chłopaka z przerażeniem. Tim również zwrócił się w jego stronę.
— Jeśli chcesz jeszcze pożyć trochę na tym świecie, staruszku, to lepiej skończ z tymi herezjami! — powiedział, patrząc gniewnie na starszego mężczyznę.
Stary Tim nic nie odpowiedział, tylko przez dłuższą chwilę przypatrywał się Brannowi. Potem zwrócił się do gromadki dzieci siedzących wokół niego.
— Na dzisiaj koniec — powiedział z trochę wymuszonym uśmiechem i kiedy dzieci z niezbyt zadowolonymi minami oddaliły się, wstał i ruszył w stronę mało zatłoczonej uliczki. Evin odprowadzał starca wzrokiem. W pewnym sensie było mu go żal. W końcu Stary Tim nie robił nic złego.
— Niepotrzebnie go tak potraktowałeś — powiedziała Malia, zwracając się do Branna, który wciąż był jeszcze zły. Chłopak spiorunował ją spojrzeniem.
— Może miałem pozwolić, żeby opowiadał te brednie dzieciom? Wiesz, co by było, gdyby zaczęły w to wierzyć? — zapytał.
— Problem byłby dopiero wtedy, gdyby magia rzeczywiście istniała i rzeczywiście była darem Sił Zła — wtrącił Evin.
Kiedy Brann rzucił mu gniewne spojrzenie, dodał:
— Ale przecież magia nie istnieje, więc nie widzę problemu w opowiadaniu o niej dzieciom…
Przez kilka dłuższych chwil chłopcy patrzyli na siebie nawzajem. Brann nienawistnie, Evin całkiem spokojnie. W końcu Evin z westchnieniem odwrócił wzrok i popatrzył na Malię.
— Muszę lecieć. Obiecałem coś bratu — powiedział i skierował się przez targ w uliczkę, która prowadziła do jego domu. Kiedy upewnił się, że Brann i Malia nie zobaczą go, skręcił w inną drogę i ruszył na poszukiwanie Starego Tima.

r5.jpg

SOUNDTRACK