Historia walki samochodów z pieszymi

in pl-artykul •  8 months ago  (edited)

"We wczesnych czasach automobilów, to kierowca musiał uważać na Ciebie, a nie Ty na kierowcę"

Peter Norton, historyk z Uniwersytet Wirginii, author "Fighting Traffic: The Dawn of the Motor Age in the American City"



Po angielsku jaywalking oznacza nieprzepisowe przechodzenie przez jezdnię, jest to zwrot stosowany w USA. Ciężko o równie zwięzły i zgrabny polski odpowiednik tego określenia, i jak dowiemy się później - nie bez powodu, gdyż jest ono po części produktem propagandy prowadzonej na początku XX wieku przez przemysł motoryzacyjny w USA, która wpłynęła prawdopodobnie na niektóre aspekty urbanizmu na całym świecie. Dziś jednak właśnie na tym określeniu chcę się skupić w ramach artykułu-ciekawostki, mówiącego między innymi o mniej znanym określeniu jaydriving, odrobinę o historii motoryzacji, która w pewnym momencie przypominała wręcz wojnę propagandową i w końcu o tym jak wynik tej wojny ukształtował poruszanie się po miastach przez pieszych. Na koniec chciałbym omówić kilka elementów współczesnych i pogdybać odrobinę o przyszłości. Zapraszam, zarówno pieszych jak i zmotoryzowanych, i rowerzystów też, mimo, że o nich ten artykuł niestety nic nie powie. ;)

Jaywalking

Zacznijmy od pochodzenia słowa jaywalking. Określenie to powstało we wczesnym XX wieku, prawdopodobnie pierwszy raz zostało użyte w mediach w roku 1909, za sprawą gazety Chicago Tribune. Jedno z wyjaśnień pochodzenia tego słowa sugeruje, że jego genezy należy się doszukiwać w kształcie litery J. Rzekomo kształt ten ma reprezentować drogę jaką może pokonywać pieszy łamiący przepisy - najpierw przechodzi przez ulicę na wprost, tak jak prosta jest górna część litery J, by potem będąc jeszcze na jezdni zacząć skręcać w kierunku swojego celu, idąc wzdłuż chodnika i zbliżając się do niego i zbliżając, zamiast wejść na chodnik pod kątem prostym i jak najszybciej z jedni się zmyć... tak samo jak dolna część litery J zbliża się do linii poziomej. Każdy chyba wie o co chodzi.

Jaywalkerzy lawirujący między autami. Lata 70. Nowy Jork

Wyjaśnienie to nie jest jednak prawdziwe, a sprawy są o wiele prostsze - "jay" dawniej oznaczało półgłówka, biedaka, idiotę lub człowieka tępego. Ot, jaywalking to pejoratywne określenie na tych którzy chodzą sobie przez jezdnię jakby była to droga polna. Droga polna, bo często określenia tego używano wobec ludzi ze wsi, którzy przenieśli się do miasta i nie byli przyzwyczajeni do świateł drogowych i jezdni. W początkowych latach swojej kariery słowo to było postrzegane jako wysoce obraźliwe, coś w rodzaju obrazy rasowej, tyle, że tutaj obrażano raczej z racji na klasę społeczną (ludzie ze wsi imigrujący do miast), niż rasę. Szczególnie można to było tak postrzegać, gdy zwrot padał z ust zamożnych na tyle, by jeździć automobilami, w kierunku biedoty której nie było na to stać i która "pałętała się pod kołami".

Okay, mamy wyjaśnioną etymologię. Pora na odrobinę aspektu historycznego, który jest trochę ciekawszy.

Jaywalking kontra jaydriving

Na scenę tego artykułu wkracza określenie jaydriving, oznaczające oczywiście nieuważne, nieostrożne prowadzenie samochodu. Najprawdopodobniej określenie to poprzedzało jaywalking, gdyż w początkowych latach pojawiania się na drogach samochodów nie istniały jeszcze przepisy regulujące przechodzenie przez drogę, stąd też pejoratywne jaywalking spopularyzowało się dopiero wtedy gdy były jakieś przepisy które miejski piechur mógł łamać. Ma to sens.

Do "jazdy jak półgłówek", jak na polski tłumaczyłbym jaydriving, można jednak dodać szczyptę atmosfery spiskowej, za sprawą koncernów motoryzacyjnych. Koncernom tym zależało na popularyzacji środka transportu który produkowali, i przeciwnościami dla nich była na przykład sprawna komunikacja miejska oraz współdzielenie drogi z pieszymi którzy utrudniali korzystanie z nowego czterokołowego wynalazku "plącząc się pod kołami". Jeśli chodzi o aspekt komunikacji miejskiej, koncerny samochodowe miały spory udział w zniszczeniu np. wielu linii tramwajowych w miastach Stanów Zjednoczonych, ale jest to inny temat którego ten artykuł nie obejmuje. Obejmuje go natomiast dokument "Wpuszczeni w korek" z roku 1996 (oryginalny tytuł "Taken for a ride"). Zapewne nie jest to jedyny powód dla którego miasta w USA mają marną sieć komunikacji miejskiej, ale znaczny.

Wróćmy jednak do innej przeszkody nielubianej w tamtych czasach przez firmy pokroju Forda, czyli pieszego. Jak już powiedzieliśmy, trudno nazywać kogoś jaywalkerem gdy nie ma przepisów regulujących przechodzenie przez jezdnię, które taki półgłówek mógłby złamać. Przepisy jednak, jak i samo pejoratywne określenie, powstały w wyniku lobby koncernów samochodowych. Zmienił się kompletnie paradygmat - z "na drodze kierowca musi uważać na pieszego" na "droga należy do aut i pieszy nie powinien na niej się znajdować, oprócz pewnych wyjątków". Przed rokiem 1920 ulice w omawianych Stanach Zjednoczonych wyglądały zgoła inaczej niż dziś, były przestrzenią publiczną, w której prowadzono "handel na kółkach", gdzie poruszały się tramwaje, piesi a nawet bawiły się dzieci.

Broadway w roku 1920

Do tych ludzi dołączyły samochody, a za nimi - śmiertelne wypadki. Ginęli piesi, głównie dzieci i starsi, co generowało oburzenie opinii publicznej. Auta miały bardzo czarny PR, sytuacja przypominała problem z którym obecnie próbują poradzić sobie firmy produkujące autonomiczne pojazdy. Każdy śmiertelny wypadek z udziałem Tesli to cios w wizerunek firmy Elona Muska. W tamtych czasach natomiast wypadki nie były pojedyncze, było ich wiele, a sędziowie zgodnie z ówczesnymi przepisami najczęściej orzekali na niekorzyść kierowców po których to stronie spoczywała odpowiedzialność za bezpieczeństwo (zwykle winiono większy pojazd, w tym wypadku pojazd był tylko po jednej stronie, po drugiej - pieszy).

Obraz "Cliff Dwellers" przedstawiający ulicę na początku XX wieku w Lower East Side, Nowy Jork

W roku 1920 magazyn "Illustrated world" wydawany w Chicago postulował montowanie w samochodach mechanizmów które wymusiły by na nich zwalnianie do określonej maksymalnej prędkości, zależnie od miasta w którym mieszka właściciel pojazdu. W gazetach pojawiały się karykatury demonizujące samochody. W roku 1923 czterdzieści dwa tysiące obywateli Cincinnati podpisało petycję za tym by odbyło się publiczne głosowanie w sprawie ograniczenia prędkości pojazdów do ~40 kilometrów na godzinę (25 mil na godzinę). Dealerzy samochodowi odpowiedzieli kontr kampanią, przeciwko takim limitom. Znane są przypadki używania skautów do rozdawania ludziom ulotek wyjaśniających czym jest jaywalking i jak nie należy przechodzić przez jezdnię. Ponadto dealerzy i producenci zaczęli działać w celu zmiany oblicza ulicy na drodze prawnej. Reprezentanci przemysłu samochodowego odbyli serię spotkań z Herbertem Hooverem, ówczesnym sekretarzem handlu Stanów Zjednoczonych. Celem spotkań było stworzenie modelu przepisów które mogłyby być wykorzystywane we wszystkich miastach w kraju. Udało się, efekt był oparty głównie na przepisach obowiązujących w Los Angeles, które wtedy były bardzo ostre w stosunku do pieszych. Był to początek takich przepisów dotyczących pieszych jakie znamy dziś i wielu lat projektowania dróg z dysproporcjonalnym uwzględnieniem aut względem pieszych. Co dla wielu z nas wydaje się normalne, jest to wręcz status quo. Dlatego też uznałem, że zgłoszę ten post do tematów tygodnia, pod tematem "globalistyka", gdyż efekt tych wydarzeń odbywających się na terenie Stanów zjednoczonych okazał się mieć zasięg globalny. Inne państwa poszły w ślady USA i przyjęły podobny charakter przepisów wpływających na pieszego. To moim zdaniem subtelny acz istotny przykład tego jak regulacje w jednym rejonie świata potrafią rzutować na całą resztę, tutaj na drodze naśladownictwa i swego rodzaju eksportu z USA wynalazku jakim jest samochód.

I tutaj znowu wracamy do jaywalkingu - tuż po wprowadzeniu nowych regulacji w wielu miastach nikt przepisów przestrzegać nie chciał. Producenci samochodów aktywnie działali w kierunku zawstydzania, kompromitowania tych którzy nie przechodzili przez jezdnie jak nakazywały nowe przepisy. Firmy przemysłu samochodowego w akcie "dobrej woli" oferowały mediom darmowe usługi przygotowywania artykułów na temat wypadków samochodowych. Gazeta wysyłała dane na temat wypadku a w odpowiedzi dostawała gotowy artykuł, oczywiście przygotowany tak by obwiniać pieszych. Konflikt interesów? A co to takiego? ;) Lobbowano też za tym, by policjanci nie tylko pouczali ludzi łamiących przepisy, ale gwizdali na nich, by kobiety przenoszono z powrotem na stronę ulicy z której przyszły. Wynajmowano nawet klaunów którzy mieli przechodzić przez ulicę w niedozwolonych miejscach pokazując, że praktyka ta jest głupia, śmieszna i przestarzała, powstawały też karykatury przedstawiające jaywalkerów. Jaywalking ze słowa postrzeganego jako obraźliwe, wulgarne, stało się oficjalnym słowem używanym przez organizacje takie jak policja. Nastąpiło kreowanie rzeczywistości. A jaydriving? Określenie to zanikło.

Nie samo lobby winne

Tak jak kreowanie rzeczywistości przez przemysł samochodowy może szokować, tak należy zauważyć, że problem rzeczywiście istniał i źródłem całej sytuacji nie była jedynie kłoda rzucana pod nogi (koła?) przemysłowi samochodowemu. Pojazdów pojawiało się na ulicy coraz więcej, poprzedni model ulicy przynosił wiele wypadków śmiertelnych i zmiany były wymagane. Pierwsze modele aut nie osiągały zawrotnych prędkości, ale jak moim zdaniem pokazały następne dekady, niemożliwe było utrzymanie takiej romantycznej wizji ulicy, na której bawią się dzieci. Rozwój samochodów tak czy inaczej wymusiłby tutaj zmiany.

Z drugiej strony pozostaje pytanie - co jeśli lobby samochodowe by nie wygrało, ale ogólnie pojęci aktywiści związani z pieszymi. Czy samochody zamiast stawać się coraz szybsze i potężniejsze byłyby względnie powolne ale bezpieczne, wygodne? Czy niektóre części naszych miast wyglądałyby inaczej? Na pewno obecna sytuacja, szczególnie ta obecna w USA, gdzie miasta cierpią na coś co nazwałbym syndromem samochodowym, nie jest jedynym rozwiązaniem? Alternatywna rzeczywistość mogła być ciekawa i myślę, że po części przedstawiają ją współcześnie na przykład strefy uspokojonego ruchu i inne, które ogólnie nazwałbym tak jak nagłówek kolejnej części, czyli:

Strefy wyjątkowe

Minęło niemal sto lat od wydarzeń opisywanych w przeważającej części tego wpisu i... sprawy nie wyglądają tak jakby wyglądać mogły w alternatywnej "pieszej" rzeczywistości, ale nie są też szare. Między innymi za sprawą popularności nowego urbanizmu zwiększa się ilość miast stawiających na ułatwienia dla pieszych. Europa nie poszła drogą Stanów zjednoczonych i nie musimy dojeżdżać autem do najbliższego sklepu spożywczego, na pieszych idących drogą przy której nie postawiono dla nich chodnika nie spogląda się jak na dziwaków. Miasta takie jak Madryt wprowadzają nowe ograniczenia dla samochodów w centrum miast, jednocześnie dodając ułatwienia dla pieszych i rowerzystów (ok, skłamałem na początku artykułu, coś o rowerzystach jednak wspomniałem ;) ). Coraz częściej słychać o kompletnych zakazach wjazdu dla samochodów do pewnych części miast. Madryt nie jest w tym osamotniony. Wiele miejsc stawia też na rozwój komunikacji miejskiej, co idzie w parze ze wspomnianym nowym urbanizmem i jednocześnie sprzyja pieszym. W tym temacie poleciłbym świetny wpis Miasta bez samochodów - urbanistyczna koncepcja przyszłości od @tomosan .

Niczym Nowy Jork przed rokiem 1920. Przykład ulicy współdzielonej która powstała naturalnie, a nie w wyniku eksperymentów urbanistycznych.

Co więcej, powstają miejsca które zdają się być reinkarnacją ulic w znaczeniu takim w jakim istniały często przed rokiem 1920. Mowa o shared street, shared space, czyli przestrzeni lub ulicy współdzielonej. Jest to forma kształtowania dróg i ogólnie przestrzeni publicznej, w której nie ma właściwie ulic i chodników, cała przestrzeń jest współdzielona. Piesi, rowerzyści i kierowcy samochodów korzystają z tej samej przestrzeni - bez żadnych znaków drogowych czy przejść dla pieszych lub sygnalizacji. Całość wymaga od kierowców ostrożności i
uważania na pieszych. Zapewne widzicie dlaczego przypomina to sytuację "przed rokiem 1920". Rozwiązanie takie nie sprawdzi się oczywiście wszędzie, ma też swoje kontrowersje poruszane nie ze strony przemysłu samochodowego, ale osób niewidomych i niepełnosprawnych - dla nich nieodpowiednio zaplanowana taka przestrzeń może być ogromnym utrudnieniem. "Przestrzeń współdzielona" już działa w wielu miastach Europy i istnieją dowody na płynące z tego korzyści. Przykłady widzicie poniżej na filmie wideo:

Następna rewolucja - self driving?

Pomijając teraz ideę "przestrzeni współdzielonej", albo nawet stref uspokojonego ruchu, zastanówmy się nad tym co przyniesie nam przyszłość. Nie sposób nie pomyśleć o autonomicznych pojazdach gdy mowa o komunikacji miejskiej i przyszłości. Wspominałem wyżej o Elonie Musku i Tesli, oraz wypadkach z udziałem aut autonomicznych. Ale czy prywatne auta autonomiczne to przyszłość? Czy może małe pojazdy-taksówki do wynajęcia, które zawiozą nas do celu i potem sobie odjadą obsłużyć następnego klienta? Wielu argumentuje iż dla dobra planety i zieleńszego miasta wybieranie elektrycznych i autonomicznych aut to żadna zmiana, prawdziwa zmiana to porzucenie aut i postawienie na komunikację publiczną lub wspomniane swego rodzaju autonomiczne transportery przy których nie musimy martwić się o znalezienie miejsca do zaparkowania lub o opłacenie OC.

Tak czy inaczej - co przyszłość przyniesie dla pieszego, jak ukształtuje nasze miasta? Tutaj już nie będę gdybał, bo temat jest chyba na inny artykuł. Pozostawię więc to do Waszej wyobraźni i ewentualnie sekcji komentarzy :) By nie było jednak tak różowo, zasugeruję również wizję przyszłości dystopicznej, w której każde przejście na czerwonym świetle lub w miejscu do tego nie wyznaczonym oznacza, iż kilkadziesiąt sekund po wykroczeniu dostajesz na swój telefon informację o mandacie i środki pobierane są automatycznie z konta. Niespodzianka, takie coś działa już w niektórych miejscach w Shenzhen, w Chinach. Odpowiada za to monitoring wizyjny spięty z systemem rozpoznawania twarzy o czym opowiada w wideo poniżej pan który doświadczył tego osobiście. Oglądajcie od 5:35:

Ale to też kompletnie inny temat, na inny artykuł, o technologii jako takiej i zagrożeniach płynących ze zgody na naruszanie prywatności. Dodam tylko jeszcze, że tak jak wspomniałem w treści, artykuł ten zgłaszam do tematów tygodnia, pod tematem "globalistyka". Uważam, iż efekt opisywanych wydarzeń odbywających się na terenie USA okazał się mieć zasięg globalny. Inne państwa poszły w ich ślady i przyjęły podobne przepisy które ukształtowały to co w większej części globu uznajemy za standard jeśli chodzi o relacje pieszy-samochód. To moim zdaniem subtelny acz istotny przykład tego jak regulacje w jednym rejonie świata potrafią rzutować na całą resztę, tutaj na drodze naśladownictwa i swego rodzaju eksportu z USA wynalazku jakim jest samochód. Czy następna zmiana paradygmatu postrzegania pieszego wypłynie na cały glob ze wspomnianego Shenzhen? Oby nie.


Post nawiązuje do pierwszego tematu TT - "Globalistyka"


źródła obrazków: pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty, separator tekstu
źródła merytoryczne:
bbc.com - "Jaywalking: How the car industry outlawed crossing the road",
vox.com - "The forgotten history of how automakers invented the crime of "jaywalking"", worldwidewords.org - "Jay-walking",
todayifoundout.com - "Origin of the term jaywalking",
urbnews.pl - "Madryt spowalnia ruch w centrum i zakazuje parkowania na chodnikach",
wikipedia.org - "Shared space",
theguardian.com - "We don't need self-driving cars – we need to ditch our vehicles entirely"

Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!
Sort Order:  

absolutnie genialny post,
znakomite i ciekawe opracowanie powszechnie występującego i istotnego zagadnienia.

PS:
poprawić pierwszego tagu już nie możesz, ale dopisz kolejny już prawidłowy #pl-artykuly, aby większa liczba osób mogla do Ciebie dotrzeć
i może jeszcze dopisz jakiś kolejny pasujący tag: #pl-kultura a może #pl-architektura? bo #pl-urbanistyka chyba nie istnieje (jeszcze :)

Wielkie dzięki za poprawienie, kompletnie tego nie zauważyłem :) Dodałem pl-urbanistyka, bo chyba istnieje - jak na busy się wejdzie w niego i wybierze "sortuj: data utworzenia" to pokazuje dwa starsze artykuły nim otagowane. Więc dorzucę się i do tego taga :)

Popraw sobie: zawrotnych przeszłości -> zawrotnych prędkości. Czasem takie przejęzyczenia wyglądają jak pomyłki słowników w telefonie. :-D

Twój post został podbity głosem @sp-group. Kurator @julietlucy.

!tip 0.2 hide

...o nowe narzędzia :)

Udało się dostać co nieco ;)

This post is supported by $0.12 @tipU upvote funded by @zielonepogotowie :)
@tipU voting service guide | For investors.

Dzięki wszystkim za głosowanie na ten post, podbicia i głosy kuratorów :) Uznałem, że zgłoszę artykuł do tematów tygodnia, w temacie "globalistyka", gdyż moim zdaniem opisywane zjawisko było zalążkiem globalnej zmiany postrzegania pieszego, był to początek czegoś co potem z USA przeniesiono na urbanistykę na całym świecie. Stało się to standardem, status quo, w większej części świata w której można spotkać regularny ruch samochodowy.

Świetnie napisany artykuł @ciekawski! Pięknie pokazuje, jak wraz z rozwojem technologii tą czy inną drogą w końcu muszą następować zmiany w kulturowym używaniu jej. Myślę, że za 20-30 lat ludzkość będzie miała zupełnie inną higienę używania np. Internetu, a przynajmniej będzie promowane znacznie zdrowsze używanie tegoż niż dziś, wraz ze wzrostem świadomości społecznej.

Swoją drogą, nie wiem czy widziałeś, ale polecam zapoznać się z tym postem. Myślę, że twoje teksty zasługują na taki typowo blogowy format :)

Hej, dzięki za komentarz. Fajne to spostrzeżenie odnośnie zmian kulturowych w używaniu danych technologii, to dość uniwersalny proces zdaje się, który pewnie właśnie sieci też będzie dotyczył. Zabawne też, że o tym wspominasz, bo właśnie wczoraj słuchałem na YouTube jakiegoś materiału porównującego media społecznościowe i internet do ognia - musimy nauczyć się tego używać rozważnie i odpowiedzialnie, by się nie poparzyć, albo nie podpalić czegoś :)

Co do dBlog - widziałem własnie tamtego posta, czekałem tylko aż mi się RC załaduje bym mógł komentarz napisać, że chętnie też sprawdzę ten interfejs :) (jak zwykle oczywiście za dużo u mnie edycji komentarzy już po napisaniu, przez co spalam więcej RC, ale może w końcu oduczy mnie to nawyku poprawiania literówek już po wysłaniu komentarza :D)

Zgadzam się z głównym przesłaniem. Żałuję tylko, że do nas to wszystko trafiło tak późno. Jakieś 50 lat w tyle jesteśmy.