Bruce Willis vs Toshirô Mifune

in polish •  last month
Nie szło mi w CS-a, nie szła mi karta w Heathstone, ewidentnie nie był to dla mnie gamingowy wieczór. Pozostała TV nocą, żeby się uśpić... i wcale nie było lepiej.

Teksas, czasy wielkiego kryzysu... Na rozstaju dróg, zakręcona pusta butelka po whisky wskaże drogę, którą podąży samotny bohater. Patrząc na jego zmęczoną twarz, wyczujemy że nie ma on wyboru i jest zmuszony podążać przed siebie... On ucieka i nie ma dokąd uciec, nie ma dokąd wrócić, nie ma domu. Jest dla niego bez znaczenia dokąd podąży, byle jechać dalej, dlatego zdaje się na los. Kismet skieruje go do Jerycho, wiochy na pustynnym zadupiu, szumnie nazywanej miasteczkiem. Dalej będzie już przewidywalnie i trochę śmiesznie. Dwa gangi walczące o dominację w mającej 5 chałup na krzyż wiosce, pseudo fanfatal (Alexandra Powers) i dla równowagi pseudo "kobieta w opresji" (Karina Lombard).

Nasz bohater, którego płasko zagrał Bruce Willis, uzbrojony w dwa kultowe pistolety Colt M1911 niemal rozstrzela innych gangsterów by zdradzony dostać solidny łomot, cudownie ozdrowieć i na końcu zmierzyć się z lokalnym psychopatą (Christopher Walken). Jakie to wszystko przewidywalne, kiczowate, kolorowe i... smutne.

Szczerze odradzam ten nakręcony w 1996 roku koszmarek pt. "Last Man Standing" w polskiej wersji "Ostatni sprawiedliwy", którego reżyserem i autorem "scenariusza" jest Walter Hill. To zmarnowane blisko dwie godziny.

Bardziej postarał się Sergio Leone, który dużo wcześniej bo w 1964 roku wyreżyserował "Per un pugno di dollari" w polskiej wersji "Za garść dolarów". W przypadku tej produkcji naprawdę świetny Clint Eastwood jako bezimienny rewolwerowiec i muzyka Ennio Morricone ratują sytuację.

Lata 60 - te to jeszcze ten okres kiedy w kinie ponad efektami specjalnymi ceniono ekspresję gry aktorskiej. Historia opowiedziana przez Leone jest niemal taka sama ale jeszcze niezniszczona przez drewnianą grę aktorską i amerykańskie kino krótkich epizodów, które mają "nakręcić" akcję widowiskowymi, szybkimi wrzutkami wydarzeń. Ten obraz jednakże wart jest moim zdaniem obejrzenia i z pewnością wzbogaci nieco Wasz sposób postrzegania kina westernowego.

Niestety, oba te filmy pretendują do tworu jakim jest zwykły remake a Sergio Leone musiał tłumaczyć się z oskarżenia o plagiat i to zarzucony mu przez innego wybitnego reżysera, który zarzucił mu mówiąc dyplomatycznie "głębokie inspirowanie się" jego filmem stworzonym kilka lat wcześniej.

Owa inspiracja przyszła z dalekiej Japonii a jej ojcami byli geniusze kina z Kraju Kwitnącej Wiśni Akira Kurosawa (Siedmiu samurajów, Ran, Rashomon) i Ryûzô Kikushima (Tron we krwi, Tora! Tora! Tora!).

W 1961 roku Akira Kurosawa według scenariusza napisanego wspólnie z Ryûzô Kikushima wyreżyserował dramat "Yôjinbô" w polskiej wersji "Straż przyboczna". Historię samuraja / ronina Sanjuro Kuwabatake wspaniale zagranego przez Toshirô Mifune.

Czarno - biały obraz przedstawia historię walki dwóch klanów o dominację w wiosce. Walki sprytnie podsycanej przez zmieniającego co chwilę zdanie po czyjej stronie się opowiedzieć ronina. Jest cenny, jego umiejętności szermiercze są łakomym kąskiem dla każdego z klanów ponieważ mogą przeważyć szale zwycięstwa jednej ze stron... Na tym koniec! Sami możecie sprawdzić jak potoczyła się akcja tej historii. Sceny walk zdominowane przez strach, krzyk, ruch i ciosy mieczem oddają prawdziwe realia walki wręcz. Dialogi są przesiąknięte esencją japońskiej mentalności. Wioska stanowiąca tło wydarzeń żyje własnym życiem - przerażeniem wieśniaków, codzienną pracą, brudem i kurzem podbijanym z klepiska podmuchami wiatru, to wszystko podbija realizm sytuacji. Żadnych wylizanych i wystylizowanych na idealne kadrów, czysta rzeczywistość z naturalnym światłem. Wszystko to dodatkowo wzmacnia doskonała ścieżka dźwiękowa autorstwa Masaru Satô.

Naprawdę warto poświęcić czas by rozsmakować się w tej doskonałej produkcji do czego szczerze zachęcam. "Straż przyboczna" to prawdziwy, kompletny film z czasów kiedy kino mówiło do nas grą aktorską a nie jedynie jak to ma często miejsce obecnie efektami specjalnymi i płaską, przewidywalną, wielokrotnie powielaną fabułą.

Dzielnicę nad rzeką Edogawa spowijały kłęby roztańczonego, wirującego kurzu. Szary pył sprawiał, że słońce wyglądało blado, zupełnie jak podczas zaćmienia.

Akira Kurosawa

Foto - Pixabay, Wikimedia

Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!
Sort Order:  

Hmm, nie słyszałem za wiele wcześniej o tym filmie. Biorąc pod uwagę, że ostatnio Willis występuje w filmach, które szybko pojawiają się i znikają bez słuchu, "Ostatni sprawiedliwy" wydaje się naprawdę ciekawą propozycją.

·

Z zasady nie dyskutuję o gustach, każdy ma własny. Obejrzyj z Willisem "The Last Boy Scout" wcześniejsza produkcja z 1991 i porównaj może zmienisz zdanie.

Jak dla mnie film z Willisem nie był zły ale faktyczne porównując go do Leone i Kurosawy wypada naprawdę miernie. Jeżeli komuś spodoba się japoński klimat to koniecznie powinien sięgnąć po Siedmiu samurajów

z czasów kiedy kino mówiło do nas grą aktorską a nie jedynie jak to ma często miejsce obecnie efektami specjalnymi i płaską, przewidywalną, wielokrotnie powielaną fabułą.

Coś w tym jest, obecnie trudno spotkać film bez efektów specjalnych (w amerykańskich produkcjach mam wrażenie, że rozumianych jako jak największa ilość eksplozji)