Martin Eden, czasami jest za późno

in polish •  6 months ago  (edited)

Chodzi za mną taka jedna książka od kilku tygodni.

Pierwszy raz przeczytałam ją będąc nastolatką, nie wiem ile mogłam mieć lat... sądzę że nie więcej jak 12 lub 13. W moim pokoju stał regał pod sufit, wypełniony książkami zbieranymi przez rodziców. Była tam literatura wszelkiego rodzaju: dla młodzieży, poezja, opowiadania podróżnicze i poważne powieści, zbyt poważne, jak na mój wiek. Ale ja brałam wszystko jak leci, bo było pod ręką, a ja bardzo, ale to bardzo potrzebowałam azylu dla swych myśli.

Powieść Jacka Londona Martin Eden była jedną z tych, którą przeczytałam co najmniej osiem razy i to przed ukończeniem szkoły średniej. Tak samo, jak drugą książkę tego autora, Biały Kieł - dużo bardziej przystępną dla młodego człowieka.

To dziwne, że ta właśnie opowieść wróciła do mnie ostatnio, bo regału dawno już nie ma, a książki od wielu lat leżą schowane w pudłach i czekają na werdykt co do dalszego losu. Był czas, gdy chciałam się ich pozbyć... Cieszę się, że tego nie zrobiłam.

Hitoria Martina Edena rozgrywa się na początku XX wieku i opowiada o młodym chłopaku z nizin społecznych, marynarzu, który po tym, jak przypadkiem otarł się o życie wyższych sfer, zapragnął lepszego życia.
Los go nie oszczędzał. Doświadczył biedy i upokorzeń, za sobą miał lata ciężkiej pracy na morzu. Był młody, silny i zdeterminowany, dlatego gdy usiadł przy stole bogatego adwokata i ujrzał w całej krasie swe nędzne odzienie, brak wykształcenia i nieokrzesanie, zapragnął zmiany. Ujrzał też Ruth, córkę gospodarza i zakochał się w niej bez pamięci. Postanowił pokonać wszelkie bariery odgradzające ich światy.

Pełen zapału rozpoczyna walkę z ustalonym porządkiem społecznym. Pracuje ponad siły i uczy się nocami, by nadrobić braki w edukacji. Czyta, obserwuje zwyczaje wyższych sfer i stara się gruntownie zmienić - jakby chciał wyrwać cały swój rdzeń z korzeniami i zastąpić go nową treścią. Tego na pewno chce Ruth, którą zauroczył ten silny i dziki chłopak o niepowstrzymanych ambicjach. Kibicuje mu w jego walce, lecz jej doping wynika nie tyle ze szczerego uczucia do Martina, co z chęci uczynienia z niego człowieka nie różniącego się od jej własnego otoczenia. Jest typową, nieco ograniczoną przedstawicielką klasy średniej, niezdolną do wyjścia poza konwenanse. Z biegiem czasu Martin przerasta ją intelektualnie, lecz początkowo ślepo dąży do przebudowy całego systemu wartości i sposobu myślenia pod dyktando narzeczonej. Nie widzi, że z jednej strony pozbawia się swoich korzeni, a z drugiej, że w oczach bogaczy nigdy nie będzie pełnoprawnym członkiem ich kasty.

Powieść jest szczegółowym zapisem nadludzkich zmagań Martina z ograniczeniami społecznymi i przeciwnościami losu. Gdzieś po drodze chłopak odkrywa miłość do książek i sam zaczyna pisać bazując na swym bogatym, podróżniczym doświadczeniu. Wydając na papier ostatnie grosze kopiuje swe opowiadania i rozsyła do redakcji gazet i wydawnictw. Jego zmagania z systemem są jak walka człowieka siedzącego w kruchej łupinie drewnianej łódki z falami oszalałego oceanu. Odpowiedzi, które dostaje, nie pozostawiają złudzeń - twórczość Martina nie przedstawia dla wydawców większej wartości.

Chłopak stopniowo stacza się na dno i podczas codziennej walki o byt nie ma już siły na pozory dla Ruth. Dziewczyna nie rozumie, że człowiek w obliczu śmierci głodowej i pracy ponad siły nie jest w stanie dbać ani o higienę osobistą, ani o pozory ogłady towarzyskiej. Rozczarowana ulega naciskom rodziny i zrywa zaręczyny.

To ostatnia kropla przelewająca czarę, Martin załamuje się. Egzystuje w coraz gorszych warunkach, głoduje, jest ciężko chory. Przestaje pisać. Pomagają mu nieliczni przedstawiciele jego warstwy społecznej, sami biedni i sponiewierani, dzieląc się tym co jeszcze im zostało.

I w momencie, gdy wydaje nam się, że już tylko minuty dzielą chłopaka od śmierci, przychodzi wiadomość. Jedno z jego opowiadań zostaje przyjęte do druku i Martin otrzymuje niewielkie pieniądze. Nagle los się odwraca, jakby ktoś tam na górze przypomniał sobie o tym sponiewieranym człowieku. Odpowiedzi spływają z kolejnych gazet a opowiadania Martina zaczynają ukazywać się w druku i zbierają życzliwe recenzje. Redaktorzy, którzy wcześniej bezwzględnie odrzucali jego teksty, gorączkowo dopominają się o następne.

Machina rusza z miejsca, nadchodzi ratunek.

Okazuje się jednak, że za późno.

Bo Martin jest zniszczony walką. W swym upadku zdążył już ujrzeć prawdę - płochość uczuć wybranki jego serca, pozory rządzące światem i to, że nigdy nie znajdzie na nim swojego miejsca. Traci ochotę na życie w zakłamanej klasie średniej, ale nie może też wrócić do "swoich", bo intelektualnie i mentalnie dawno wyrósł z klasy robotniczej i jej typowych problemów. Pozostaje zawieszony, bezdomny, pozbawiony nadziei.

I choć Martin staje się coraz bardziej popularny, jego książki są wydawane, pieniądze płyną szerokim strumieniem a Ruth zmienia zdanie i przychodzi prosić go o wybaczenie - on sam jest już wrakiem. Jest martwy, wypalony.

Lubimy powtarzać: Co nas nie zabije, to nas wzmocni.

Im jestem starsza, tym rzadziej używam tego stwierdzenia. Brzmi zbyt kategorycznie, czarno-biało, a życie takie nie jest.

Czasami przychodzą takie doświadczenia, które wprawdzie fizycznie nie unicestwiają, ale niszczą w inny sposób.

Cierpienie uczy, ale w rozsądnej dawce. W zbyt wielkiej zabija, jeśli nie ciało, to duszę.

Trudne doświadczenia zawsze pozostawiają ślad, a te wyjątkowo ciężkie mogą wypalić człowieka od środka, jak suchy pień. Na zewnątrz pozostaje fasada, na pozór niewzruszona. A w środku pustka i ból.

Martin taki właśnie pozostał. Można rzec, że przetrwał śmierć z głodu i wycieńczenia, przetrwał wszelkie rozczarowania i opuszczenie, lecz gdy przyszła sława, pieniądze i przyjaciele, on był już pusty. Nie czuł nic. I w głowie miał tylko jedno:

Za późno, to wszystko za późno!

Wiele miesięcy po wyjściu na prostą, podczas podróży luksusowym statkiem, Martin decyduje się odejść. Mając wszystko, z rozmysłem i premedytacją pozbawia się życia. I nie jest to czyn pod wpływem emocji, to przemyślana decyzja, rodząca się w nim od dawna. To czysta formalność.

Jako nastolatka nie byłam w stanie zaakceptować takiego zakończenia. Nie rozumiałam. Za każdym razem, gdy czytałam tę powieść, miałam nadzieję na inny finał. W głowie układałam alternatywny rozwój wydarzeń.

Na przykład przesuwałam o tydzień wydanie pierwszego opowiadania Martina - tak niewiele, by uratować czyjeś życie, prawda?

Wysyłałam człowieka, który poratowałby go ciepłą strawą w najczarniejszej godzinie.

Albo sama stawałam na pokładzie statku i chwytałam Martina za rękaw, nie pozwalałam mu skoczyć.

– Nie rób tego głupi, masz wszystko! Dlaczego? Dlaczego? – krzyczałam.

Teraz wiem, że on nie miał już nic. Mniej, niż wtedy, gdy umierał z głodu.


Dlaczego ta książka tak za mną chodzi? Może jest w niej jakaś wiadomość, której 20 lat temu nie byłam w stanie odczytać?

A może to znak, że czas coś zrobić z tymi pudłami. Przestać zadowalać się wiecznym stanem tymczasowym i znaleźć dla siebie miejsce.

Na razie nie wiem.

Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!
Sort Order:  

Cudowna powieść. Była dla mnie zaskoczeniem - gdy ją czytałem nie pamiętałem już Białego Kła, czytanego gdy byłem jeszcze małym gówniakiem, ale spodziewałem się czegoś innego. A Martin... okazał się dużo bardziej fascynujący niż wciągająca książka przygodowa. I jednak cieszę się, że nie trafiłem na nią, tak jak Ty w tak młodym wieku.

Przestać zadowalać się wiecznym stanem tymczasowym...

Jeśli pogodzimy się z tym, że jedyną stałą rzeczą w naszym życiu jest zmiana, to każdy czas jest stanem tymczasowym. Czy warto wciąż poszukiwać jakiejś stabilizacji? Stałego lądu, gdy większość naszego życia to chybotanie się na kawałku deski? Czy nie jest tak, że tylko wydaje nam się, że jest inaczej? Brzmi trochę strasznie, ale jak by to było, gdyby udało nam się myśleć w ten sposób? Może zamiast uczyć się jak się chronić przed wiatrem, lepiej starać się opanować do perfekcji sztukę posługiwania się żaglem? Przepraszam za ten patos :-), tak mi się jakoś z przejedzenia wyrzygało ;-].

·

Ech, gdyby każdy takie rewelacje wyrzucał z siebie po świątecznych swawolach kulinarnych 😉
Cóż mam rzec, skoro nie dalej jak wczoraj wykładałam podobną filozofię przyjaciółce przez telefon: Nie ma nic stałego, zmiany to rozwój, poddaj się temu, co przychodzi... Jak widać mocna jestem tylko w gębie i pewnie już nigdy nie pozbędę się tęsknoty za bezpiecznym portem. Póki co uczę się manewrować tym swoim lichym żagielkiem 🙂

Jako pragmatyk obstawiam wersję, że "czas coś zrobić z tymi pudłami" ;-)

·

Prawdopodobnie :) A nawet jeśli nie, to nie zaszkodzi ;)

Słuchałem audiobooka rok temu podczas spacerów. Genialna książka, opis jego zapału i różnych konsekwencji jego charakteru i społecznych, klasowych uwarunkowań - coś wspaniałego. Dodatkowe wątki filozoficzne (Herbert Spencer!), czy sam opis tego, jak wyglądał wtedy rynek wydawniczy, to po prostu wchodziło i pochłaniało.

A wiesz, jakiej w Polsce znanej osoby jest to ulubiona powieść? :)

·

Nie wiem! Ale liczę, że mi powiesz 🙂
Liczne wątki już mi poumykały, ale nadal potrafię przywołać klimat tej powieści i obrazy jakie mi towarzyszyły podczas czytania.

·
·

Naczelny polski cyborg drugiej generacji Ozjasz Goldberg, znany także jako Janusz Korwin-Mikke

Posted using Partiko Android

·
·
·

Mogło być gorzej 😀
Musiałam się nieco doedukować w temacie Ozjasza... Mocno odprężająca lektura, w sam na rozpoczęcie dnia 😉

Po takim świetnym tekście, po takiej zachęcie muszę przeczytać!

to jest takie arcyciekawe..
fascynuje mnie to od dawna. w jaki sposób pamięć wyrzuca na powierzchnię akurat takie a nie inne wspomnienie, skojarzenie, obrazek..
akurat wtedy, gdy go potrzebujemy, gdy stanowi dla nas jakąś wskazówkę, gdy może nam w czymś pomoc..
właściwości naszego umysłu są niezwykłe i zdumiewające..
pytanie tylko czy jesteśmy wystarczająco uważni na wytyczne.. czy umiemy dobrze odczytywać znaki

·

pytanie tylko czy jesteśmy wystarczająco uważni na wytyczne.. czy umiemy dobrze odczytywać znaki

Otóż to. Pierwsze, to uważność, a drugie... zaufanie.
A nie takie: e tam, coś mi się ubzdurało, coś mi się wdaje...
Zaufanie, to trudna sztuka.