Miecz Bohaterów (1984)
Niedzielny poranek spędzam zazwyczaj dość leniwie. Maksimum moich możliwości to sięgnięcie po pilota i zmiana kanałów w telewizorze. Zwykle cały proces polega na bezmyślnym przełączaniu kolejnych stacji od pierwszej do ostatniej i odwrotnie. Pewnej niedzieli natrafiłem jednak na film, któremu postanowiłem poświęcić, jak się później okazało, dwie godziny z życia.
Miecz Bohaterów, bo o nim mowa, to nakręcona w 1984 roku produkcja fantasy oparta na jednej z legend arturiańskich. Pal licho, że scenariusz znacznie odjeżdża od opowieści o sir Gawainie i Zielonym Rycerzu. Nie takie rzeczy miały już w kinie miejsce. Film ten ma inne minusy, które sprawiają, że nie nadaje się do polecenia nawet największemu wrogowi.
Problem pierwszy - obsada
W momencie rozpoczęcia filmu widzimy takie nazwiska jak Peter Cushing czy Sean Connery, które powinny nam gwarantować pewien poziom aktorstwa. Kłopot w tym, że obu panów widzimy na ekranie łącznie kilka minut. W zamian obserwujemy wątpliwe popisy grającego główną rolę Milesa O'Keeffe, człowieka o fryzurze Crystal z oryginalnej Dynastii. Aktor bez żadnego pomysłu na rolę, dodatkowo nikt najwyraźniej nie próbował czegoś więcej z niego wyciągnąć. Wydaje mi się, że nie widziałem dotąd bohatera, którego losy kompletnie mnie nie obchodziły (no dobra, chwilami miałem nadzieję, że zginie), a stworzyć taką postać to nie lada wyczyn.
Problem drugi - o czym to film
Do końca nie jest dla mnie zrozumiałe, o co tu chodzi. Niby prosta legenda, jednak twórcy filmu postanowili ją skomplikować i dorzucić bohaterowi kilka nieistotnych questów. Obserwujemy więc Gawaina w niesamowicie spartolonej walce z Czarny Rycerzem, która w żaden sposób nie dorównuje pojedynkowi z Monthy Pythona i świętego Graala, następnie bezsensowny romans głównego bohatera z tak samo jak on bezbarwną postacią. Że o magicznym pierścieniu nie wspomnę.
Problem trzeci - dla kogo to jest
To pytanie stawiamy sobie zaraz po rozpoczęciu filmu, kiedy odcięta głowa Zielonego Rycerza turla się po podłodze. Naiwność fabuły każe wierzyć, że film jest skierowany do młodszego widza, jednak raz po raz jesteśmy przekonywani o czymś innym. A to Gawain zastanawia się jak odcedzić kartofelki, będąc ubranym w zbroję, potem na widok płci przeciwnej robi minę jakby dopiero co wrócił z bezludnej wyspy, w końcu przez większość filmu biega w obcisłych białych spodniach a kamera obejmuje go głównie od tyłu. Może więc film jest dla gospodyń domowych. Ciężko powiedzieć.
Tego rodzaju problemów jest w tej produkcji więcej. Niestety jest to jeden z tych filmów, które mogły powstać tylko w latach osiemdziesiątych, kiedy moda na wszechobecny kicz dotarła również do kina, a widzom raczej to nie przeszkadzało. Z dzisiejszej perspektywy coś takiego jest jedynie stratą czasu.
W mojej ocenie 3/10.
Użycie plakatu, kadrów z filmu oraz oryginalnych grafik koncepcyjnych uzasadniam prawem cytatu.
Dzięki za przestrogę przed tym filmem :D
Polecam się na przyszłość :)