Sprzed komputera na stadiony Europy (Tematy Tygodnia #12)

in polish •  2 years ago 
Sukces – czym jest? Można definiować go na różne sposoby. Osiągnięcie celu? Super! Spełnienia marzenia? Owszem, niewątpliwie. Definicja podana na Wikipedii również daje nam pewne wyobrażenie:

"Sukces - działanie na najwyższym poziomie możliwości jednostki, w kierunku spełnienia jej marzeń i pragnień przy jednoczesnym zachowaniu równowagi pomiędzy wszystkimi płaszczyznami życia.
Innymi słowy sukces jest to stan zamierzony, zrealizowany w przeciągu pewnego czasu. Do zdefiniowania sukcesu określa się wartości, które są jego wyznacznikiem. W odniesieniu do każdego człowieka sukces może być postrzegany w inny sposób. Ważną rolę odgrywa tutaj hierarchia wartości i doświadczenia poszczególnych osób. Miarą sukcesu mogą być: zrealizowane plany, szczęście, zdrowie, własność materialna itp.
Człowiek osiąga sukces wtedy, gdy spełniają się wszystkie jego oczekiwania
”.

Jeśli jednak ściśle polegać na powyższej definicji, tak naprawdę pełnię sukcesu może osiągnąć tylko ten, kto nie ma żadnych oczekiwań – w przeciwnym razie, zawsze zostaje chociaż kilka, chociaż jeden brakujący element... Dlatego w swoim tekście opiszę pewien wycinek mojej historii, mojego życia – w którym efekt końcowy przerósł pierwotne oczekiwania :)

Prolog, część 1

Jesienne zimowe popołudnie, połowa lat 90. Końcowe lata podstawówki. Od kolegi dostaję obiecane dyskietki z grą „Sensible World of Soccer”. Niestety, na radość za wcześnie – jedna nie działa. Biegnę do kolegi, kopiujemy jeszcze raz – nic z tego. Pierwsze spotkanie ze światem piłkarskich menedżerów opóźniło się o kilka dni. Ale gdy już nastąpiło – wsiąkłem. Owszem, można było sobie po prostu pograć zręcznościowo, ale to myślenie, planowanie rozwoju drużyny było najfajniejsze. A do tego – gra dawała dostęp do rozgrywek prawie na całym świecie. I zajęcie na najbliższe lata było. Po jakimś czasie było mi mało i zaczęło się rozgryzanie struktury gry i dłubanie w plikach – ale tylko w minimalnym zakresie.

Prolog, część 2

Kilka lat później, liceum. Dzięki pewnym kontaktom w moje łapki wpada inna gra – „Championship Manager 1997/98”. Tu już elementów zręcznościowych brak, za to opcji menedżerskich o wiele więcej. Pomimo to na początku się trochę wahałem – niby opcji więcej, ale... SWOS to sto kilkanaście krajów, tysiące klubów, cały piłkarski świat i do tego fantastyczna opcja tworzenia własnych rozgrywek. W CM tego nie było – do wyboru były maksymalnie 3 kraje z 8 dostępnych, z limitem 20 000 piłkarzy i chyba 5000 klubów. A jednak, przy bliższym poznaniu – dostępne opcje sprawiły, że stara gra poszła w kąt. I znowu – po początkowej fazie czystej frajdy z gry, pojawiły się etapy zabawy edytorem (to właśnie w tej wersji zamieniłem rozgrywki belgijskie na polskie, tworząc dodatkowy zespół ze swoich szkolnych kolegów!), tworzenia uaktualnień itd. Po kolejnych paru latach, w edycji chyba 2000/2001 stworzyłem pierwszy dodatek, który udało mi się upublicznić (ligę fińską zamieniłem na gruzińską, ponownie mocno grzebiąc w strukturze plików gry). Dodatek spotkał się co prawda z niewielkim zainteresowaniem, ale odzew był pozytywny.

Krok 1 - od użytkownika do współtwórcy

Po jakimś czasie, w którejś kolejnej edycji gry (a ukazują się regularnie co roku) znudziło mi się samodzielnie poprawiać błędy i niedociągnięcia bazy danych. Ośmieliłem się napisać maila do jej twórców i zaproponować pomoc w zbieraniu danych z zakresu ligi gruzińskiej (do polskiej już mieli swój zespół, nie było sensu się wtrącać). Propozycja spotkała się z zainteresowaniem i zostałem mianowany tzw. Assistant Researcherem. Znaczyło to mniej więcej tyle, że zajmowałem się jednym krajem i podlegałem Head Researcherowi, który zajmował się kilkoma krajami byłego ZSRR.

Z perspektywy czasu trudno mi jednoznacznie ocenić tamten okres. Z jednej strony moja część bazy na pewno została poszerzona, co mogę policzyć za plus, z drugiej jednak małe jeszcze doświadczenie sprawiało, że w wielu przypadkach miałem problemy z adekwatną oceną umiejętności zawodników – co sprawiało, że baza rozmijała się z realizmem. I średnią pociechą w tamtej chwili było to, że gdybym ja tej pracy nie wykonał, to nie znalazłby się inny chętny, więc byłoby jeszcze gorzej. Ten etap zamknąłem po jakichś 2-3 latach, zmusiły mnie do tego wydarzenia życiowe w postaci wyjazdu na zagraniczne studia, bez regularnego dostępu do sieci. Po powrocie okazało się, że jednak znalazł się ktoś, kto realizował moje dawne zadania całkiem skutecznie, więc nie starałem się wrócić na dawne stanowisko. Do czasu.

Krok 2 - współtwórca zdobywa doświadczenie

Niestety dobra jakość utrzymała się tylko przez dwa, może trzy lata. Potem znowu odkryłem, że właściwie byłbym w stanie zrobić to lepiej. Ponownie zgłosiłem się do producenta, deklarując pomoc. Skontaktowano mnie z koordynatorem regionu i ponownie mogłem tworzyć gruzińską część bazy na własną rękę, tym razem wykorzystując już zdobyte wcześniej doświadczenie. Efekty były coraz lepsze, choć nadal sporadycznie zdarzało mi się mocno przeszacować umiejętności lub potencjał niektórych piłkarzy. Inna sprawa, że tego typu błędy w ocenie zdarzają się każdemu researcherowi i nie ma co z tego powodu się przesadnie zamartwiać – jest to po prostu ludzka rzecz, a nawet talent Messiego nie został odpowiednio doceniony w roku jego debiutu...

Krok 3 - awans w hierarchii

Nadszedł dzień, w którym mój przełożony zdecydował się porzucić tworzenie bazy – ponaddziesięcioletnia praca poskutowała nieuniknionym zmęczeniem materiału i wypaleniem. Trzeba było znaleźć jego następcę. Jak się okazało – polecił właśnie mnie. Nie powiem, poczułem się doceniony. Znaczyło to, że moja dotychczasowa praca, wysiłki w nią wkładane oraz sumienność spotkały się z uznaniem Wyższego Kierownictwa. Oprócz dotychczasowej Gruzji dostałem do ogarnięcia także inne kraje Zakaukazia oraz Azji Środkowej. A także – niezbyt może wielkie, ale jednak, wynagrodzenie (bo asystenci zbierają dane za darmową kopię gry i satysfakcję z tego, że ich część bazy jest dobrze zrobiona).

Powiem tak – pracy nagle zrobiło się dużo więcej, tym bardziej, że dopiero w tamtej chwili dowiedziałem się, jak trudno jest o solidnych pomocników. Wiele osób zgłaszało się do mnie z chęcią pomocy, ale najczęściej albo po zapoznaniu się z plikami, milkli na wieki, albo dostarczali informacje tak niskiej jakości, że nie było sensu z nimi współpracować. Przez te kilka lat w roli Head Researchera trafiłem jedynie na dwóch, może trzech pomocników, którzy rzeczywiście zasługiwali na to miano.
W każdym razie – na tym stanowisku trwam do dziś. Czy jestem zadowolony z rezultatów swojej pracy? Raczej tak, choć przez poprzednie lata baza była na tyle zaniedbana, że wiele „historycznych” detali staram się uzupełniać do dziś (np. historie zawodników/rozgrywek), wiele błędów staram się czyścić (np. bałagan spowodowany zmianami nazw klubów), trzeba też pilnować bieżących zmian. Aktualizować i kluby, i zawodników.

Na pewno w perspektywie najbliższych kilku lat moja część bazy nie ma szans osiągnąć takiego poziomu szczegółowości, jak choćby polska, o angielskiej nie mówiąc. Do tego baza się rozrosła kilkukrotnie, w tej chwili można uruchomić (mając odpowiednio mocny sprzęt) nie 3 kraje z 8, a 226 z 226. Ilość postaci w bazie danych wzrosła z 20 tysięcy do blisko 400 tysięcy, liczba klubów z 5 do 12 tysięcy, pojawiła się cała masa dodatkowych opcji.Ale cóż – my ogarniamy 9 krajów w 2-3 osoby, a tam prawie każdy klub ma swojego odrębnego asystenta – który dzięki temu ma dość czasu, by zagłębiać się w taki poziom szczegółowości, na który mógłbym sobie pozwolić, gdyby doba miała nawet nie 48, ale z 200 godzin chyba. A i czasu na samą grę (która w międzyczasie zmieniła nazwę na Football Manager) jest coraz mniej, bo przecież kierowanie bazą i tak jest tylko pracą dodatkową, uboczną wobec głównego źródła utrzymania. Ale na razie jeszcze nie kusi mnie, by zrezygnować, wciąż jeszcze sprawia mi to przyjemność...

Krok 4 – wirtualna rzeczywistość przechodzi w realną

Maj 2010, Park 3 Maja w Łodzi. Obchody 100-lecia łódzkiego Widzewa, w planach także mecz drużyny oldboyów. Na boisku pojawia się także dyrektor sportowy klubu. Grzecznie czekam, aż mecz dobiegnie końca, potem zasadzam się pod szatnią i poluję. Wychodzi, udaje mi się zagadać. Pytam, czy nie przydałby im się ktoś z wiedzą o piłce nożnej w Gruzji, powołuję się też na swoje doświadczenie w pracy nad bazą do gry. Zadaje kilka pytań sprawdzających tę wiedzę. Odpowiadam chyba wystarczająco dobrze, bo podaje mi adres mailowy, na który mam wysyłać comiesięczne sprawozdania. Więc wysyłam. Od czasu do czasu też pytają mnie o rozmaitych piłkarzy. Nieoficjalna to współpraca, ale zawsze satysfakcjonująca.

Krok 5 - marzenia się spełniają

Pewnego pięknego dnia telefon z klubu. Zostaję zaproszony na spotkanie ze ścisłym kierownictwem. Jak się okazuje – celem podpisania formalnej umowy. Od tej pory oficjalnie zostaję skautem na ligę gruzińską. Mam tworzyć bazę interesujących zawodników, zbierać materiały z ich występów, oczywiście także weryfikować oferty spływające do klubu od agentów. Przynajmniej w teorii. W praktyce okazuje się, że także prowadzić rozmowy z zawodnikami i działaczami klubowymi, zdarzało się też odbierać z lotniska zawodników przyjeżdżających na testy. Trwało to pięć sezonów, potem klub wziął i zbankrutował – a gdy odbudował się w niższej lidze, zmiany w przepisach sprawiły, że moja pomoc, przynajmniej na tym etapie, do niczego się już nie mogła przydać.

Czy moje działania były udane? I tak, i nie. Na plus na pewno zaliczam to, że udało mi się sprowadzić na testy paru zupełnie przyzwoitych zawodników (to, z jakich względów nie trafili do klubu to zupełnie inna sprawa), udało się też uniknąć wepchnięcia nam kilku takich, którzy niczego by do drużyny nie wnieśli. Na minus – to, że nie udało się ostatecznie z nikim kontraktu podpisać, chęci płacowe klubu rozmijały się z oczekiwaniami tamtych klubów i zawodników. Jednak wśród nazwisk, które miałem na liście, znaleźli się piłkarze, którzy przebili się do reprezentacji Gruzji, znaleźli się i tacy, którzy w niej dopiero zadebiutują w najbliższych miesiącach. Byli tacy, którzy trafili do innych polskich klubów, inni zostali wypatrzeni przez kluby z nie gorszych lig od naszej: Azerbejdżanu, Cypru, Słowacji, najlepsi trafili na Ukrainę, do Belgii, Rosji, Hiszpanii, Niemiec (to, jak im tam potem szło, to już inna sprawa). Podejrzewam, że gdyby klub mógł/chciał wyłożyć większe fundusze i zainwestować w rozwój ich talentów, prawdopodobnie na dłuższą skalę mogłoby się to opłacić...

Tak czy inaczej, udało mi się coś, co kilkanaście lat wcześniej, wydawało mi się, jako dziecku tak nierealne, że nawet o tym nie myślałem – stać się częścią klubu, któremu kibicowałem, poznać z bliska to, co teoretycznie dla kogoś z ulicy jest poza zasięgiem. Jak się okazało – tylko teoretycznie.

Podsumowanie
Dość powszechnie uważa się, że gry komputerowe to zwykłe marnowanie czasu. Owszem, może być i tak, pewnie nierzadko nawet. Ale jeśli taka gra stanie się pasją, jeśli dołączyć do niej wytrwałość i, mimo wszystko, odpowiednią porcję szczęścia, może stać się pierwszym krokiem do sukcesu i spełnienia marzeń :)

PS. Zdjęć nie ma, bo prawa autorskie tudzież tajemnica służbowa ;)

Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!