1. Rozdział 10steemCreated with Sketch.

in #pl-sztuka4 months ago (edited)

Podróż z karawaną okazała się nawet całkiem miłą przygodą. Mimo że niewiele działo się na trakcie, Evin nie narzekał. Ważne było, że miał z kim porozmawiać i mógł dowiedzieć się, co nowego słychać w szerokim świecie.
Na wozie, na zmianę popędzając konie, siedzieli Rezar i Harafan. Na końcu wozu, obrócony przodem do oddalającego się traktu, siedział Machir. Wszystko zamykał Evin. Szedł za karawaną, która nie toczyła się zbyt szybko, by mógł dorównać jej kroku.
Chłopak lewą dłoń opierał na głowicy miecza, a prawą nieustannie trzymał pasek torby, w której ukryta była Magiczna Matryca. Większą torbę zostawił na wozie karawany, by nie obciążać się niepotrzebnie. Niby patrzył w ziemię, ale tak naprawdę jego oczy ciągle były w ruchu, a uszy nasłuchiwały, czy nie zbliża się jakieś niebezpieczeństwo.
Machir przyglądał się przez chwilę Evinowi. W końcu powiedział:
— Mówiłeś wczoraj, że wiele mieszkańców Fortess walczy z kafanu. Mówiłeś, że już nie raz miałeś z nimi przyjemność… to znaczy, że ty też z nimi walczyłeś?
Evin popatrzył na młodego chłopaka i milczał przez chwilę.
— Właściwie to tylko przypuszczam, że mieszkańcy Fortess z nimi walczą — powiedział w końcu.
Machir popatrzył na niego pytająco, więc dodał:
— Szczerze mówiąc, jeszcze nigdy o czymś takim nie słyszałem, ale śnieżaków jest u nas tyle, że na pewno nie jeden mężczyzna to robi. A jeśli chodzi o mnie… raczej nie nazwałbym tego walką. Ale miałem z nim przyjemność… całkiem niedawno.
Machir uniósł brwi. Chciał się dowiedzieć jak najwięcej o tym spotkaniu. Widząc jego reakcję, Evin podjął krótką opowieść, zanim chłopak zdążył cokolwiek powiedzieć.
— Nie planowałem tego. Nasze spotkanie było zupełnym przypadkiem. Właściwie tylko się broniłem. Tak, jak powiedziałem. To nie była taka prawdziwa walka — powiedział.
— O rany… — zawołał Machir, kiedy Evin skończył opowieść. — Ja na twoim miejscu uciekałbym jak najszybciej — przyznał.
Evin pokręcił głową.
— Może udałoby się to, gdyby cię nie wyczuł, wtedy miałbyś pół na pół szans… ale jeśli cię wyczuje, ucieczka nic nie dałaby ci. W takim przypadku najlepiej jest ruszyć do ataku. Wciąż miałbyś pół na pół szans na wygraną, ale jakbyś wygrał, zyskałbyś też futro i mięso.
Machir westchnął.
— W takim razie mam nadzieję, że nigdy nie spotkam kafanu.
— Szczerze mówiąc, ja też mam nadzieję, że już nigdy nie będę miał z nimi do czynienia. — Na chwilę zapadło milczenie. Evin rozejrzał się. Teren wokół uległ znacznym zmianom. Zniknęły górzyste, leśne, zasypane śniegiem tereny, a zamiast nich pojawiły się zielone łąki i pagórki.
Teraz wreszcie podróż zaczynała mijać im szybciej. Trakt stał się łatwiejszy, ale też niebezpieczniejszy. Na drogach, między niewielkimi wioskami rozsianymi wśród pagórków, coraz częściej widywali podejrzane obozowiska, których mieszkańcy przyglądali im się bacznie.
Evin wyostrzył zmysły, podwoił ostrożność i uwagę. Starał się mieć oczy dookoła głowy, ale też nie przesadzić z obserwowaniem terenu, by nie zdradzać się potencjalnym obserwatorom.
Na szczęście podróż mijała wędrowcom całkiem spokojnie. ‘’No właśnie, póki co…’’, — pomyślał Evin. Spodziewał się, że w każdej chwili mogą zostać napadnięci, dlatego zawsze, gdy miał ku temu okazję, ćwiczył walkę mieczem. Machir często mu towarzyszył. Evin był nawet zadowolony z takiego stanu rzeczy. W końcu ćwiczenia z prawdziwym, żywym przeciwnikiem są dużo lepsze, niż te z przeciwnikiem wyimaginowanym. A poza tym jeśli rzeczywiście ktoś obserwowałby ich, widząc zdolności obu chłopców, mógł zaniechać zamiaru napadu na karawanę.
Również Machir korzystał na wspólnych ćwiczeniach. Potrafił walczyć, ale niewystarczająco dobrze. Wiele uczył się od Evina. Tak samo jak Evin od niego. Chłopcy mieli wyuczone dwa różne style posługiwania się bronią, więc uczyli się od siebie nawzajem.
Podczas gdy Harafan w czasie postojów zajmował się końmi i karawaną, Rezar przyglądał się ćwiczącym i chociaż proponowali mu, żeby się do nich przyłączył, odmawiał z niechęcią.
Na noc oczywiście wystawiali warty. Na takim szlaku, jaki mieli przebyć, było to nieuniknione. Tej nocy pierwsza warta przypadła w udziale Evinowi. Chłopak siedział przy lekko żarzących się węglach i grzebał w nich patykiem. Harafan i jego synowie poszli już spać.
Po kilku chwilach bezczynnego siedzenia, Evin odszedł od paleniska i ruszył na obchód wokół karawany. Noc była spokojna. Nawet liście nie szeleściły na wietrze. Chłopak nieustannie zaciskał w prawej dłoni rękojeść miecza. Nie wyciągał go jednak, ale chciał być gotowy, by w każdej chwili zrobić to jak najszybciej i od razu przejść do ataku.
Starał się obserwować jak najwięcej terenu, jednak księżyc widniał w nowiu, a noc była dość ciemna. Gwiazdy niewiele dawały światła. Evin musiał mieć maksymalnie wyostrzoną uwagę. Nie mogło mu nic umknąć. W końcu obiecał Harafanowi i jego synom, że będzie ich bronił. To był teraz jego obowiązek…
Odruchowo dotknął Matrycy, którą na noc zawsze chował w wewnętrznej kieszeni koszuli. Zauważył, że ostatnio miał wiele trudnych i niebezpiecznych obowiązków do wykonania. ‘’Obym im tylko podołał’’, pomyślał. Już nawet nie chodziło mu o to, że sam byłby sobą zawiedziony. Nie. Chodziło o to, że nie mógł zawieść tych, którzy mu ufają i polegają na nim. Nie mógł. Już wolał zginąć…
Zatrzymał się gwałtownie. Nie wydawało mu się. W krzakach porastających skraj drogi naprawdę ktoś się krył. Ruszył powoli w tamtym kierunku.
Nagle z ukrycia wyskoczyła piątka uzbrojonych po zęby mężczyzn. Evin w jednej chwili wyciągnął miecz, zawołał ‘’Machir!’’ i rzucił się do ataku. Po kilku dłuższych chwilach dołączył do niego młodszy syn Harafana.
Chłopcy stanęli plecami do siebie i zaatakowali otaczających ich mężczyzn. Nie byli oni mistrzami… ot, zwykli rabusie, którzy mieli nadzieję wzbogacić się kosztem bezbronnych kupców. Zabić ich i zabrać ich rzeczy, ich towar. Nie spodziewali się jednak trafić na Evina i Machira, którzy potrafili obronić niewielki obóz.

r 11.jpg

SOUNDTRACK

Coin Marketplace

STEEM 0.21
TRX 0.02
BTC 9259.72
ETH 241.16
USDT 1.00
SBD 1.01