Żabi Szczyt Wyżni - moje pierwsze zimowe wspinanie

in polish •  5 months ago  (edited)

Co powiesz na zimowe Tatry?

Odbieram telefon od kumpla. Mówi, że w weekend jedzie w Tatry i czy nie chciałbym się z nim wybrać. Dzień wcześniej będzie się wspinać z kolegami w Kuluarze Kurtyki, ale mógłby zostać jeszcze na jeden dzień i moglibyśmy razem coś jeszcze podziałać w niedzielę. Będzie w rejonie Morskiego Oka.
Jasne, jak najbardziej - myślę sobie - sam przecież chciałem jeszcze coś spróbować zimowo w tym roku podziałać i zrobić coś konkretniejszego. Chodziła mi po głowie Orla lub jedna z innych łatwiejszych graniówek. Jest dopiero początek tygodnia, więc ciężko oszacować jakie będą panowały warunki, ale dopytuję o jego plany. Wspomina o Żabim Szczycie Wyżnim. Nigdy tam nie byłem, nawet latem. Szczyt jakoś nigdy mnie nie kusił, ale skoro jest szansa wybrać się tam z bardziej doświadczonym kolegą, to może warto spróbować. Dawid mówi, że droga nie jest wybitnie trudna. Latem ok. 0+ z fragmentem jedynkowym. Nie jest to więc typowa wspinaczka, a raczej ambitniejsza turystyka (możliwa tylko z przewodnikiem, bowiem szczyt poza siecią znakowanych szlaków turystycznych). Zimą zależy oczywiście od warunków. Od dwóch tygodni w Tatrach panuje lekka odwilż, wcześniej dwa halne, które rozprawiły się już z połową zalegającego śniegu.

Ale czy ktoś tam w ogóle chodzi zimą?

W międzyczasie szukam informacji w internecie i podpytuję znajomych. Znajduję parę dokładnych opisów wejścia letniego, jednak żadnych informacji o zimie. Żadnych zdjęć, filmików....czy na prawdę nikt tam nie chodzi zimą? Z jednej strony mam dylematy, czy dam radę? czy nie będę opóźniał kumpla? czy jestem już na to gotowy? Z drugiej strony bardzo chciałbym spróbować.
IMG_9944.JPG
Od dwóch tygodni w Tatrach panuje lekka odwilż, wcześniej dwa halne, które rozprawiły się już z połową zalegającego śniegu. (Foto mojego autorstwa)

Pogoda na weekend trochę się psuje. Zapowiadają kolejny halny co wiąże się z mocnym, porywistym wiatrem. W sobotę po południu wsiadam do busa i kieruję się w stronę naszych najwyższych gór. Jest jedynka lawinowa. Dzięki wahaniom temperatury (odwilży w dzień i lekkim przymrozkom w nocy) śniegi są w miarę stabilne. Będziemy działać w trójkę. Razem z Dawidem został jeszcze jego kolega - Adrian, z którym wspinali się dzień wcześniej. Do dyspozycji mamy linę oraz ekspresy. Najtrudniejszy, jedynkowy fragment powinien być ubezpieczony. Znaleźliśmy jakieś stare informacje, że jest tam rozwieszony nawet rep (rodzaj linki do której można się przypiąć) z którego można się przeasekurować. Wieczorem ustalamy strategię i plany rezerwowe.

Następnego dnia sprawnie podchodzimy pod próg Czarnego Stawu. Idzie się wyśmienicie. W porównaniu do warunków panujących tutaj dwa tygodnie temu, podczas mojej próby wejścia na Rysy - niebo a ziemia. Przedtem kopny śnieg zapadający się czasem do połowy uda, teraz piękne betony. Pod turystykę pieszą i wspinaczkę idealnie. Dochodzimy do Czarnego Stawu pod Rysami. Obserwujemy cały czas ścianę, którą będzie biegła nasza droga. Jest bardzo mało śniegu. Dwa tygodnie temu wszystko było białe z wielkimi śnieżnymi czapami. Teraz wszędzie wystają skały. W niższych partiach Tatr śniegu jak na lekarstwo. Na drodze do Morskiego Oka od połowy prawie sam asfalt. Patrzę na to wszystko z lekkim smutkiem, bo to dopiero początek lutego, a wygląda jak wczesną wiosną.

Nie czuję tej cholernej dziaby!!!

Czarny Staw pokonujemy lustrując drogę naszego dalszego podejścia. Niepokoją nas trochę wystające spod śniegu skały. Czy da się je obejść? Czy da się to zrobić bezpiecznie po śniegu? Krótka debata pod ścianą i wybór drogi. Wyciągamy dziabki (bardziej techniczne czekany) i podchodzimy mniej więcej tak, jak droga podejścia latem.
IMG_9945.JPG
Podchodzimy mniej więcej tak, jak droga podejścia latem. (Foto mojego autorstwa)

W śniegu widzimy ślady. To znak, że jednak ktoś tu chodzi zimą, a nawet był tu dość niedawno. Przed nami ścianka skalna. Teren wybitnie mikstowy (skała, śnieg i lód). Tak jak wspominałem wcześniej, to droga w miarę prosta latem, jednak zimą, w takich warunkach, bez asekuracji nie ma mowy. Dawid znajduje na szczęście ringi (stałe punkty asekuracyjne w ścianie), do których można się wpiąć. Kopiemy w tym miejscu półkę śnieżną, wiążemy się liną i zakładamy cały sprzęt. Dawid rusza jako pierwszy. Obserwuję go bacznie i widzę, że nie idzie mu to aż tak całkiem sprawnie. Jest dużo bardziej doświadczony ode mnie. Dla mnie to praktycznie pierwsza styczność z takim terenem. Pierwszy raz w życiu mam w rękach dziaby. Pierwszy raz w życiu będę musiał wspinać się w rakach w terenie mikstowym. Nie wiem, czy dam radę. Dawid z Adrianem wcześniej działali już trochę zimowo. Sam teren nie jest może wybitnie trudny. Latem wręcz łatwy, i może mówienie o wspinaczce sensu stricto w tym wypadku jest przerostem formy nad treścią, jednak mam pewne obawy. Czy dam radę? Jako drugi idzie Adrian. Też nie idzie mu to aż tak sprawnie. Gdy jest już parę metrów wyżej pora na mnie. Wbijam dziabkę w śnieg, drugą w jakieś zmrożone trawki. Trzyma. Podchodzę nogami ciut wyżej. Staję w miarę pewnie na dużych stopniach. Próbuję zahaczyć dziabkę wyżej gdzieś o skałę. Niby się trzyma, ale nie mam pewności. Próbuję zrobić krok. Nie czuję się pewnie. Obawiam się, że dziabka zaraz puści i wyjadę. Wiem, że jestem na linie, ale nieracjonalna obawa zaczyna działać na psychikę. Stawiam nogę wyżej, próbuję dostawić kolejną. Nie czuję tej cholernej dziaby. Nie wiem, czy to trzyma czy nie. Nigdy w życiu się nie wspinałem w ten sposób. Latem łapię ręką i wiem, czy utrzymam czy nie. A teraz muszę zaufać jakiemuś żelastwu. Irytuję się.
IMG_20190210_094215.jpg
Muszę zaufać jakiemuś żelastwu. Irytuję się. (Foto by Dawid)

Kilka razy schodzę jeden krok i podchodzę na nowo. Zatrzymuje mnie ten sam ruch, którego nie jestem pewien. Wołam do chłopaków, żeby szli dalej, a ja jednak się rozwiążę, zejdę i poczekam na nich na dole. W tym miejscu jeszcze mogę, bo teren pode mną w miarę łatwy. W odpowiedzi słyszę, że te pierwsze ruchy przede mną są najtrudniejsze. Dalej już puszcza. Podejmuję kolejną próbę, ale nadal nie potrafię się przemóc. Wołam, że rezygnuję. Nie chcę ich spowalniać, a wiem, że sami dadzą radę. Nadal motywują mnie, żebym jednak spróbował. Mam wrażenie, że stoję w tym miejscu już pół godziny. W końcu sam nie wiem w którym momencie decyduję się obciążyć prawą nogę. Dawid wybrał mi linę na sztywno, i pewnie to mnie przekonało. Plus 10 punktów do odwagi i psychiki. Noga stoi. Jeszcze druga. Czuję, że stoję w jakiejś dziwnej pozycji. Moje ustawienia ciała nie są w ogóle optymalne. Jak bym pierwszy raz się wspinał. Robię te dwa, trzy ruchy i stoję w miarę pewnie. Przede mną jeszcze kolejne kilka ruchów, na których Dawid miał mały problem, jednak mnie jakoś puszczają i uważam, że są o wiele łatwiejsze niż te za mną. Teraz jeszcze kilkadziesiąt metrów mikstowego "wspinania", jednak idzie się już dużo łatwiej. Nie bez obaw, ale idę, widzę chłopaków na górnym stanowisku, na końcu trudności. Asekurują mnie na sztywno, więc idę w najbezpieczniejszy sposób.
IMG_9943.JPG
Lawiny pyłowe schodzące co chwila ze ścian Kazalnicy za naszymi plecami (Foto mojego autorstwa)

Trzeba po prostu lewą nogą sięgnąć daleko w lewo, przenieść na nią ciężar ciała, potem prawa wyżej i już po sprawie.

Z ulgą dochodzę do końca trudności. Rozwiązujemy się i chowamy linę do plecaka. Dalej powinno się już dać radę dojść polami śnieżnymi, przynajmniej do grani. Idę czujnie. Wybijam stopnie i pewnie stawiam nogi. Czuję się już pewnie, choć chyba jeszcze podświadomie nie do końca ufam rakom w takim terenie. Inna sprawa, że mam raki paskowe, a nie automatycznie. Moje tempo nie jest najszybsze. Obserwuję Dawida, który pokonuje kolejne metry niemal automatycznie. Ma już spore doświadczenie zimowe. Idziemy swego rodzaju trawersem po stromym polu śnieżnym, po czym dochodzimy do skalnego głazu. Trzeba się na niego wskrobać, aby przejść dalej. Głaz może wielkości stołu bilardowego. Gdy się wychylę sięgam dziabkami niemal za jego drugą krawędź. Dawid przechodzi to miejsce niemal bez zastanowienia. Adrian czujnie, ale też daje radę. Mnie znowu to miejsce zatrzymuje na dłużej. Wiem jak to zrobić. Trzeba po prostu lewą nogą sięgnąć daleko w lewo, przenieść na nią ciężar ciała, potem prawa wyżej i już po sprawie. Problem jednak w tym, że cały czas trzeba przy tym przyhaczyć gdzieś dziabki tak, aby utrzymać równowagę. A że nie mam doświadczenia w mikstowym terenie to znowu nie mam pewności, czy dziaba mnie utrzyma. Jeden błędny ruch i lecę w przepaść, pewnie do podstawy ściany. Spoglądam w dół, Szukam jakiegoś innego sposobu, żeby zejść trochę niżej i obejść ten głaz, ale jest zdecydowanie za mało śniegu. Dawid schodzi do mnie i udziela podpowiedzi. Teraz nie mam już liny, a ryzyko przy moich umiejętnościach jest zbyt duże. Decyduję o wycofie. Deklaruję, że mogę zejść z chłopakami trochę niżej i zjechać do podstawy ściany, a oni, gdy będą pewni, że jestem już bezpieczny, mogą napierać dalej. Decydują jednak, że jako zespół wracamy wszyscy razem. Zaczyna coraz mocniej wiać (wg. prognoz wiatr miał się wzmagać cały czas by osiągnąć kulminacyjną prędkość późno po południu). Góra poczeka. Pytam jeszcze raz, czy oby na pewno nie chcą kontynuować. Zjazd jest niedaleko, więc moja "ewakuacja" ze ściany poszłaby w miarę sprawnie i bezpiecznie, a wiem, że oni pewnie daliby radę wejść na Szczyt. Zapada jednak decyzja o wycofie.
IMG_9939.JPG
Wycof (Foto mojego aurotrstwa)

Z dołu spoglądam jeszcze raz na przebieg naszej drogi. Na to, co udało się przejść i na to co jeszcze zostało. Miejsce, z którego się wycofaliśmy było najprawdopodobniej ostatnią "przeszkodą" na drodze. Dalej już tylko popylanie po śniegu. Nie wiem, jak warunki na końcowym fragmencie grani. Najbardziej irytujące jest to, że dosłownie dwa, trzy kroki dzieliły mnie już od łatwego terenu. Niemniej jednak w górach trzeba wiedzieć, kiedy się wycofać. Przeszedłem najtrudniejszą część drogi. Zatrzymał mnie fragment, który latem nawet nie jest ubezpieczony. Jednak spróbowałem czegoś nowego, zdobyłem nowe doświadczenia, nowe nauki. Wiem czego mi brakuje. Później dowiedziałem się, że brak wyczucia i zaufania do dziabek jest regułą wśród niemal wszystkich osób, które zaczynają przygodę ze wspinaniem mikstowym. Nagle zamiast swoim własnym palcom, musisz zaufać kawałkowi wygiętego pręta, który klinujesz w szczelinach skalnych. Czy żałuję? na pewno nie. Wręcz przeciwnie, jestem wdzięczny, za możliwość spróbowania. Jestem również niezmiernie wdzięczny chłopakom za motywację, bo gdyby nie oni, to pewnie zrezygnowałbym już na początku drogi, przed pierwszymi trudnościami. Jestem również wdzięczny za zespołową decyzję o wspólnym odwrocie, w myśl dawnej zasady, że wychodzimy w zespole, wracamy w zespole, mimo, że wycof był bezpieczny i nie miałbym cienia rozgoryczenia, gdyby za moją namową poszli dalej w dwójkę.

Pierwsze mikstowe wspinanie za mną. Póki co czuję, że jednak zdecydowanie bardziej przemawia do mnie wspinanie letnie. Ale kiedyś to samo mówiłem o wspinaniu w górach a wcześniej nawet o wspinaniu w skałach. Jak potoczy się moja dalsza kariera wspinaczkowa. Czas pokaże. Póki co do zimy muszę chyba jeszcze dojrzeć. Na razie idzie wiosna i zaczyna się sezon skałkowy, a w tym roku nastawiam się głównie na wspinaczkę sportową.

Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!
Sort Order:  

Gratulacje! Twojej wysokiej jakości treść podróżnicza została wybrana przez @saunter, kuratora @pl-travelfeed, do otrzymania 100% upvote, resteem oraz podbicia całym trailem @travelfeed! Twój post jest naprawdę wyjątkowy! Artykuł ma szansę na wyróżnienie w cotygodniowym podsumowaniu @pl-travelfeed. Dziękujemy za to, że jesteś częścią społeczności TravelFeed!

komentarz.png

Dowiedz się więcej o TravelFeed klikając na baner powyżej i dołącz do naszej społeczności na Discord.

Wspaniały tekst, aż samemu się odczuwa strach (chociaż nigdy nie wspinałem się :D)

!tipuvote 0.2 hide

Dziękuję. Pisanie z emocjami nigdy nie było chyba moją mocną stroną, ale pracuję nad tym :)

Bardzo dobry tekst.

Popraw tylko jedną rzecz -Wyżni czy Niżni, w tekście inaczej w tytule inaczej.

Chodziło o Wyżni. Już poprawione. Dzięki za uwagę, widać kto czyta ze szczegółami ;)