3...2...1... START! Chichen Itza czyli Meksykański święty market

in polish •  last year

WP_20180128_012.jpg

Przed wylotem z Europy zdecydowana większość naszych znajomych była przerażona faktem, iż lecimy do Meksyku, kraju, w którym przecież porywają ludzi/okradają/wycinają organy/każą przewozić kilogramy koksu przez granice itp. (wybierz najbardziej odpowiadającą opcję). Nastawiło nas to trochę sceptycznie i mówiąc szczerze, wywołało u nas lekkie trzęsienie portek. Dodatkowo smaczku nadawała informacja, którą wyczytaliśmy na pewnym forum podróżniczym – skorumpowany uzbrojony latynoski policjant kazał sobie zapłacić łapówkę za przejazd drogą z lotniska do centrum Cancun - miasta do którego AKURAT lecieliśmy. Decyzja była jednomyślna - wyjeżdżamy z Meksyku czym prędzej. Jak to się później okazało, była to niezbyt trafna decyzja, ale o tym w kolejnych wpisach. Planując naszą ucieczkę, zanim jeszcze postawiliśmy stopy na spalonej słońcem i skropionej tequilą meksykańskiej ziemi, kupiliśmy bilety do Havany, stolicy Kuby. W Cancun mieliśmy spędzić równo 5 dni.

Nasza podróż w stronę słonecznego kontynentu rozpoczęła się chłodnawym wieczorem 23 stycznia 2018 roku. Wyruszyliśmy z Balic w stronę londyńskiego Stansted, tam czekała nas średnio wygodna noc na lotnisku, a z rana kolejna podróż z przystankiem w Kolonii, a stamtąd już bez postojów, 12 godzinny lot do Cancun. Ktoś pewnie zapyta: czy nie było prostszego, mniej zagmatwanego, szybszego połączenia? Może i było, ale rozumiecie, koncepcja „low budget” 😉 (dlatego tez m.in. nasz wybór padł na Cancun). Po prawie 24 godzinnej podróży, trochę zmieleni, średnio wyspani i z odciskami na tyłkach, ale bez większych uszczerbków (jedynie Monice kapał przez chwile jakiś olej na głowę, a samolot wydawał co jakiś czas odgłosy jakby miał się zaraz rozpaść) dotarliśmy do celu.

IMG-20180124-WA0001.jpg
Noc na Stansted

Po wylądowaniu w owianym mroczną sławą Meksyku, jedyne co złego nas spotkało (odpukać!) to natrętni taksówkarze, którzy za wszelka cenę chcieli, abyśmy skorzystali akurat z ich usług. Przykładowo, wyobraźmy sobie tłum gości weselnych, który wita parę młodą wychodzącą z kościoła zaraz po sakramentalnym „tak”. Goście się cieszą, wiwatują, rzucają konfetti, drobne pieniądze i ryż. Tutaj jednak sytuacja wygląda troszkę inaczej. Panowie również się cieszą i wiwatują, jednak nie rzucają pieniędzmi, a jedynie hasłami taxi amigo!, good price amigo, city center?, where are you going, Playa del Carmen? itd. Na twoją głowę spada deszcz okrzyków, a ty po ponad 20 godzinach w podróży zastanawiasz się co tu robisz i gdzie jest osoba, która miała cię odebrać. Jest duszno, parno, licznik wskazuje na +30, a ty jesteś ubrany w długie spodnie, polar i ciężkie buty, bo w Europie jest przecież środek zimy.

WP_20180125_010.jpg

Rejon hotelowy

Cancun to tak naprawdę dwa miasta. Centrum, inaczej downtown, w którym mieszkają Meksykanie oraz część hotelowa, w której żyją wszyscy rządni egzotycznych przygód turyści z całego świata w opcji all inclusive. Nasze lokum (Airbnb) znajdowało się w prawdziwym centrum, skąd do plaży mieliśmy około godzinę spokojnym spacerem. Cancuńska plaża to nic nadzwyczajnego, piaszczysta, trochę brudna, ale na szczęście dosyć pusta o tej porze roku. Znajdziemy tu kilka knajp, leżaki, boiska do siatkówki i w sumie, to by było na tyle. Naszym zdaniem, najlepszą częścią miasta jest El parque de las palapas, czyli park parasolek, gdzie stołują się lokalni i można zjeść prawdziwe meksykańskie jedzenie. Panującą tam atmosferę można przyrównać do polskiego festynu: z każdej strony stragany z pamiątkami, słodyczami, ktoś obok śpiewa, coś się dzieje na scenie, słychać śmiech dzieci, a dorośli żywo rozmawiają na różne tematy, konsumując lokalne specjały.

WP_20180125_020.jpg

Nasze zestawy obiadowe

WP_20180128_001.jpg

Downtown

Wiedzieliśmy, że za 5 dni mamy samolot na Kubę, a w okolicy Cancun za dużo do zobaczenia nie ma, więc postanowiliśmy poszukać jakiejś atrakcji. Wybór padł na Chichen Itza, ruiny starożytnego miasta Majów, które od 2007 roku wpisane jest na listę Nowych Siedmiu Cudów Świata.
Całe Cancun usiane jest agencjami turystycznymi, jednak z turystyką łączą je tylko plakaty, które zbytnio nie zachęcają, aby skorzystać z ich oferty. Zwykle hejtujemy tego typu zorganizowane tłumne wypady, lecz tym razem nie mieliśmy za bardzo wyboru, bo jazda na własną rękę była zupełnie nieopłacalna. Naszym głównym wyznacznikiem była cena. Udało się nam wyrwać „last minute” za 28$ od osoby, co było całkiem niezłą kwotą, gdyż średni koszt to 40$-45$, jeśli nie zna się hiszpańskiego.

WP_20180125_018.jpg

W planie naszej wycieczki było przewidziane:

  • kąpiel w niedawno odkrytym „cenote”, czyli naturalnym jeziorze w jaskini
  • obiad w indiańskim stylu
  • 3h na zwiedzanie „Chichen Itza”

Lekko spóźniony kierowca zgarnął nas z umówionego miejsca i zawiózł małym busikiem do drugiej części miasta. Tam, wraz z tysiącem innych osób, pośród ogromnej galerii handlowej zostaliśmy rozdzieleni na grupy, czyli ok 50 osób/autobus.

Nasz przewodnik starał się być na siłę śmieszny i chyba mu to nawet wychodziło, bo większość grupy żywiołowo reagowała na jego seksistowskie żarty. My za to nie byliśmy w stanie go słuchać.

Pierwszy przystanek! W końcu popływamy, zjemy i pomkniemy do głównej atrakcji – Chichen Itza. Nic bardziej mylnego. Już od wyjścia z autokaru zostaliśmy zaatakowani i zmuszeni do pozowania do zdjęcia, jednak domyślając co się święci uciekliśmy przed meksykańskim paparazzi i odłączyliśmy się od grupy. Jak się okazało, pojawiliśmy się ciut za wcześnie, bo starożytny wojownik dopiero nakładał makijaż i strój przygotowując się do swojej zmiany.

Przewodnik próbował ze wszystkich sił wcisnąć pamiątki wykonane z kamieni, które były rzekomo poświęcone przez lokalnego szamana (jedyne oryginalne i legalne! Brać póki ciepłe, ze świeżo drukowanym certyfikatem!). Oczywiście wszystko na pokaz, ale nasi współtowarzysze byli bardzo przejęci i brali co popadnie. Po zakupie pamiątek, zostaliśmy zaprowadzeni na obiad. Tak, obiad przed pływaniem, suuuuuuper pomysł! Oczywiście jedzonko w cenie wycieczki, ale napoje już na własny rachunek (nawiasem, jedzenie było pyszne, największy plus całego wyjazdu). Potem szybka kąpiel (my, a reszta wycieczki stoi i patrzy, ew. zastanawia się czy w ogóle wejść do wody), bo dłużej z pełnym brzuchem i tak się nie dało pływać i jedziemy zobaczyć w końcu gwoździa programu.

Na miejscu ludzi tyle, co na otwarciu nowej Biedronki, trochę przerażający widok. Setki autobusów, tysiące ludzi i sprzedawców, którzy chcą ci opchnąć wszystko za dolara. To święte miejsce zostało zakopane dawno pod ziemią. Dolar zniszczył, połknął, zmielił, wypluł i jeszcze raz połknął i zmielił, aby ponownie wypluć i tak zostawić wszystko. Nie można przejść 10 metrów, żeby nie zostać zaczepionym z ofertą kupna czegokolwiek. Od magnesów, przez sztylety, kapelusze, koszulki, hamaki a nawet wielkie na ponad metr wysokie maski. Oczywiście wszystko good price my friend! Wszędzie aż śmierdzi tanią chińszczyzną. Na wszystkim oczywiście dumnie Chichen Itza, przez nas nazwana Chicken Pizza (no co, brzmi podobnie 😉). W pamięci szczególnie utkwił nam jeden sprzedawca, który przedstawił się jako Mr. Cziper (cheap - tani) i wszystko chciał sprzedać za dolara.

Nie udało się nam skupić ani przez minutę na tym co nas otaczało. Dookoła las selfie sticków i dziewczyn pozujących do kolejnych zdjęć na instagrama. W każdym zakątku tłoczno, duszno i gwarnie, aż chciało się uciec.

WP_20180126_035.jpg

Piramida „El Castillo” jest imponująca, z resztą tak jak reszta zabudowy, ale nie można się nimi nacieszyć, pokontemplować nad ich historią i przeznaczeniem. To miejsce nasuwa na myśl pewien fragment z Biblii , który opisuje jak to w świątyni ludzie zrobili sobie targowisko i Jezus wszystkich przepędzał, aby przywrócić sakralność tego miejsca. To samo przydałoby się zrobić na Chichen Itza, ale niestety, sprawa jest już na starcie przegrana, bo największą władzę ma tam dolar. Jest tak silny, że ludzie często wyzbywają się szacunku i godności do samych siebie. Są w stanie się poniżyć, żeby tylko dostać banknocik. Trochę tak jak nasz przewodnik, który chciał nas zastraszyć m.in. tym, że zła karma wróci, jeśli nie zostawimy mu napiwku, oczywiście w dolarach, ponieważ on za swoja prace nie dostaje wypłaty i tylko z tego żyje (ta, jasne). Mamy świadomość, że ci ludzie nie są tak zamożni jak Amerykanie, Kanadyjczycy czy Europejczycy, ale napiwek powinien być dobrowolnym wyrazem uznania za czyjąś pracę. A tutaj odgrywał rolę obowiązku. Oczywiście miało to efekt odwrotny i nikt z nas nie zostawił nawet dolara w specjalnie przygotowanym na tę okazję koszyku. Była to pierwsza i ostatnia zorganizowana wycieczka, na którą pojechaliśmy.

Nie polecamy wycieczek w takiej formie, chociaż miejsce samo w sobie jest warte zobaczenia.

WP_20180126_020.jpg

El Castillo

Obecnie mija nam drugi miesiąc w podróży, ale dopiero jakiś czas temu znaleźliśmy czas (i internet) na dopieszczanie i publikowanie naszych notatek. Pozdrawiamy z Kostaryki! 😊

Wszystkie załączone zdjęcia są naszego autorstwa.

Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!
Sort Order:  

Fajny wpis, może nawet do OCD dodamy. Warto dla każdego akapitu robić odstępy, bo początkowy nie miał (między akapitami oddzielenie)

·

Wiem, ale gdy wyjustuje text to akapity zrobione wcześniej znikają i nawet jak dam 5x enter to nie działa. Nie wiem jak to zrobić :/ jakiś pomysł. Uczę się wciąż, proszę o wyrozumiałość

·
·

po lini z < div class="text-justify" > na początku tekstu, który ma być wyjustowany, zrób jedną lub dwie linie odstępu i dopiero wpisz tekst.

·
·
·

Dzięki! Sprawdzę jutro :)