William Golding – Władca much. Recenzja

in pl-artykuly •  7 months ago

Taką beletrystykę to ja szanuję! Powieść Williama Goldinga pt. "Władca much" jest najsłynniejszym dziełem tego noblisty, ale wbrew temu, co niektórzy mogą wam wmawiać, to nie za nią dostał Nobla, a za „powieści, które dopomagają zrozumieć warunki funkcjonowania człowieka we współczesnym świecie”. Ta książka nie dopomaga zrozumieć warunków funkcjonowania człowieka we współczesnym świecie, ale za to dopomaga w zrozumieniu natury człowieka w ogóle. I w świecie współczesnym i dawnym i w przyszłym – nie ma co jakoś demonizować współczesności i sugerować, że problemy tu poruszone są tylko jej domeną. W każdym razie jest to wspaniała powieść z punktu widzenia antropologii filozoficznej, czyli dyscypliny filozoficznej skupionej na człowieku, jego naturze i jego miejscu w świecie oraz wszechświecie. Fakt, że głównymi bohaterami są tylko chłopcy w wieku od 6 do 12 nie oznacza, że wydźwięk fabuły byłby inny, gdyby opowiadał o grupie dziewczyn albo o grupie mieszanej i że "Władca much" utraciłby swój charakter, bo już teraz jest on uniwersalny i ogólnoludzki, a nie "męski". Osoby, które tak twierdzą, zupełnie tego dzieła nie zrozumiały, ale nie ma co się spodziewać lotności umysłów skażonych ideologią feministyczną.

Teraz będzie część SPOILERowa, o czym ostrzegam, ale mimo opisania tu szkieletu tego dzieła, postaram się uniknąć większych szczegółów, by pozostała wam jakaś satysfakcja z ewentualnej lektury.

v59y_ihfylcw1[1].jpg

Akcja dzieje się w nieokreślonej bliżej współczesności. Grupa chłopców w wyniku katastrofy lotniczej znajduje się na bezludnej wyspie. Jest paru "starszaków" i sporo maluchów. Inteligentny grubas nawiązuje kontakt z głównym bohaterem i za pomocą znalezionej konchy (tj. specjalnej muszli, którą można trąbić) udaje im się sprowadzić w jedno miejsce wszystkie dzieciaki. Zawiązuje się grupa i zaraz znajduje się kolejna. Grupy się łączą i główny bohater zostaje wybrany szefem obydwu, co jest początkiem resentymentu byłego przywódcy tej drugiej grupy – Jacka. Nie pomaga nawet to, że główny bohater, Ralph, ogłasza Jacka przywódcą myśliwych, by nie czuł się poszkodowany, ale nie wyprzedzajmy faktów. Część dzieciaków ma polować, część ma budować szałasy plus zostają wyznaczone zmiany do podtrzymywania ogniska na szczycie góry. Niedużej, bo niedużej, ale i tak był to najwyższy punkt na wyspie i dym z ogniska mógł być widoczny dla przepływających statków.

Maluchy, jak to maluchy, niezbyt są pomocne w czymkolwiek, starsze dzieci szałasów zbudować nie potrafią, a grupa brytyjskich mieszczuchów polować, choć przynajmniej się dobrze przy tym bawią. Praktycznie wszyscy poza najbliższą grupą Ralpha zdają nie rozumieć potrzeby ratunku, co co chwila Ralph musi im przypominać z pomocą Prosiaczka – wspomnianego na początku inteligentnego tłuściocha. Nasuwają mi się tu silne skojarzenia z religią. Ciemny lud do końca nie rozumie o co w tym wszystkim chodzi, chce się oddać teraźniejszości, a władze muszą przypominać o obrzędach. Co chwilą są zwoływane narady za pomocą konchy, która symbolizuje kontakt ze światem dorosłych, zasad i ogólnie prawo i cywilizację. Znamienną jest zasada, którą dzieci ustaliły, że kto trzyma konchę, mówi. Koncha to logos. Słowo, ale zarazem umysł.

Pierwszy kryzys pojawia się gdy Jack zabiera na polowanie wartowników spod ogniska i dumny z upolowanego mięsa nie czuje się zbyt winny, gdy dowiaduje się, że przez niego przepłynął statek i ich nie zauważył. Od tego momentu Ralph zaczyna bardziej naciskać, na pilnowanie swoich obowiązków, podziału ról i ogółem wymaga trzymania się zasad. Dzieciarnia nie rozumie tego, a egocentryzm jednego ze starszaków nie pozwala im zachować pamięci o świecie dorosłym. Cienka linia wychowania i kultury zostaje przerwana pod wpływem nagromadzenia negatywnych emocji i wrodzonej każdemu człowiekowi skłonności do zła. Nie ma mamy. Nie mama taty. Nie ma nauczycielki. Nie ma policji, sąsiadów, sądu. Nikt cię nie ukaże. Nic nie musisz, bo nie jesteś na takim poziomie intelektualnym, by zrozumieć swoje położenie. To co robisz? Ano bawisz się. Polujesz, bo mięso smaczne. Kto tam będzie pilnował głupiego dymu? Jack odchodzi, w jego ślady idzie większość dzieci. Wykorzystuje koszmary i bujną wyobraźnię maluchów na temat "stwora" zamieszkującego wyspę i czyni z niego złego bożka, któremu trzeba zostawiać w lesie ofiary z upolowanych zwierząt. Strach, wpływający w dziecięce serca z chaosu w postaci dziczy, nie może już być niwelowany cywilizacją, bo zrezygnowali z cywilizacji. Jack zmienia go więc w socjotechniczne narzędzie swojej nowo utworzonej prymitywnej kultury. Pomaga mu on kierować maluchami, pomaga mu w tym też przewaga fizyczna. Pojawia się u niego potrzeba okazywania tej przewagi, więc wpadają do obozu Ralpha i jego pozostałych kolegów i kradną Prosiaczkowi okulary, za pomocą których rozpalano ogień. Jack rezygnuje w tym momencie definitywnie z ratunku i z "innego świata". Liczy się tu i teraz. Jego dominacja i witalność. Gdy ekipa Ralpha udaje się do obozu Jacka, by odzyskać okulary, bez których Prosiaczek jest zupełnie ślepy, zostaje napadnięta przez umorusanych glinką żołnierzy Jacka. Malowidła na twarzy pomogły dzikusom zdystansować się od resztek swoich dawnych cywilizowanych osobowości, więc wszelkie hamulce puściły. Jeden z maluchów morduje Prosiaczka. Prosiaczek nie stanowił żadnego zagrożenia fizycznego, wiec zamordowanie odpowiednika kapłana pokazuje jak ważne znaczenie ma niszczenie kultury, duchowości, czy morale wroga. Jack ucieka raniony i rozpoczyna się na wyspie wielkie polowanie na niego.

Zakończenie wam daruję, ale powiem tylko, że znajduje się w nim bardzo gorzkie podsumowanie ludzkiej natury. "Władca much" bardzo przekonująco pokazuje, że człowiek nie jest z natury dobry, jak uważał Rousseau. Nie ma żadnego dobrego dzikusa. Jest tylko zły dzikus, którego zło jest trzymane w ryzach przez logos. Święty Jan pisze na początku swojej ewangelii "En arche ho logos". Na początku było Słowo. Chodzi mu oczywiście o osobowego Boga, ale jak widać, jest tu też inny wymiar. Na początku ludzkiej cywilizacji jest logos. Dlatego każdy lewicowiec, czy hipis, bełkoczący o uwolnieniu człowieka z okowów cywilizacji, kultury, patriarchatu, prawa własności etc. to zwykły dzikus. To dzikus, który nie rozumie, że nie może się tylko bawić, że nie może zmuszać innych do odwalania za niego roboty, że nie może im przerywać w mówieniu gdy "trzymają konchę"; że konchy nie można rozbijać i że dóbr nie można kraść. Lewicowiec to dzikus, który zabije każdego intelektualistę, który będzie mu próbował wyjaśnić, że postępuje obiektywnie źle i który będzie chwalił każdego pseudointelektualistę, usprawiedliwiającego jego prymitywne żądze i instynkty. Lewicowiec, to dzikus, który religię racjonalną, będzie próbował zastąpić religią strachu i resentymentu. Lewicowiec to dzikus, przedkładający statolatrię i autorytarny system wodzowski nad demokrację (Ralph został wybrany na "wodza", ale wynikało to z fantazji dzieci, a nie z prymitywnej, czy agresywnej formy jego rządów. Książkowy Ralph to przywódca demokratyczny i mąż stanu).

Serdecznie zachęcam do lektury, książka jest krótka i wspaniała.

Authors get paid when people like you upvote their post.
If you enjoyed what you read here, create your account today and start earning FREE STEEM!