Szkoła ...

in #polish9 years ago
Cogito ergo sum - Myślę więc jestem i znikam.

Szkoła_Tysiąclecia_w_Węgierskiej_Górce.jpg

Chciałbym się od Was dowiedzieć jak wspominacie szkołę, czyli okres do którego wielu chciałoby powrócić ;) A także jak po latach się zapatrujecie na niektóre rzeczy.

Strach przed ocenami czy naganą

Zastanawiam się na ile edukujące to jest. Gdy dzieciak żyje w ciągłym strachu. Nigdy nie byłem hiper zdolnym uczniem, a może tak wpływało środowisko podstawówkowe. Wszystko do mnie docierało po czasie, mnożenie mieliśmy w 3 klasie, załapałem w 4. Długo zajęło mi zrozumienie idei przecinków, jednakże nigdy nie było taryfy ulgowej, a strach. Oczywiście byli fajni nauczyciele i podli, którym bym nawet kota pod opiekę nie dał. Chyba najbardziej stresujący okres życia.

Gimnazjon

No ... gimnazjum. Na wszelki wielki rodzice zapisali mnie do szkoły dla dyslektyków (może uznali, że upośledzony jestem czy coś). Tutaj z moim poziomem wiedzy byłem wręcz geniuszem. Ludzie nie znali nawet podstawowych zadań algorytmicznych. Troszkę mnie to rozpieściło, bo przestałem uczyć się na pamięć wierszy (moim zdaniem to głupota). Spokojny okres życia ...

Wybrałem 3 szkoły - liceum ogólnokształcące niedaleko, potem jakieś technikum na kernela, a trzecie to nie wiem.

Liceum Mechatroniczne

Co za ponury absurd... Żeby o życiu decydować za młodu, kiedy jest się kretynem?

Na początku miałem być kelnerem, ale kolega z podstawówki (true friend, nawet konto na steem ma, chociaż czasowo zaniedbał) poszedł do liceum mechatronicznego. Było to lepsze od technikum kelnerskiego. Puff, dostałem się. Nie było lekko, ale ciężko też nie, byłem w grupie 3 najlepszych uczniów.

Liceum ogólnokształcące

Po roku za mało osób zdało i 3 najlepszych poszło do ogólniaka, reszta do sportowego. Poziom over 9000, zdałem jakoś na dwójach (mieliśmy taryfy ulgowe, bo inne poziomy reprezentowaliśmy).

Studia

Studia to studia, uczysz się dla siebie. Informatyka ... co i tak nic nie dało, bo i tak szło się dla papierka, który nic nie znaczy.

Hmm

Zastanawiam się jak wy widzicie szkołę. O ile podstawówka to tragedia o tyle reszta ujdzie. Wolałbym jednak chyba żyć dla siebie (w kamperze może?) niż znowu w szkole. Napiszcie w komentarzach jak u Was było z tym.

Sort:  

bo przestałem uczyć się na pamięć wierszy (moim zdaniem to głupota)

To nie jest takie proste. Nie jestem nauczycielem, nie jestem po pedagogice ani psychologii, więc pewnie nie będę w stanie tego dobrze wytłumaczyć. Ale to ma jakieś uzasadnienie - mózg dziecka rozwija się i na różnych etapach wymaga różnych wyzwań aby rozwijał się jak najlepiej. W mózgu dziecka uczącego się klepać coś na pamięć zachodzą zmiany, które powodują, że w przyszłości będzie lepiej pracował, łatwiej się uczył i zapamiętywał. Wyobraź sobie jedno dziecko, które chodzi do szkoły i uczy się tabliczki mnożenia i recytacji wierszy, czyta książki, stawia czoło problemom i wyzwaniom. A drugie siedzi w domu przed telewizorem i nic więcej nie robi. To które dziecko będzie się lepiej rozwijać?

Jest masa zarzutów co do tego ile bezsensownej wiedzy jest w programach nauczania. Po co komu wiedzieć co to są mitochondria, co to jest liczba atomowa albo po co znać wzory skróconego mnożenia. Ale to też nie jest takie proste. Po pierwsze przekazując uczniom bardzo szeroką wiedzę można pomóc im znaleźć coś czym się zainteresują i co kiedyś może ich zainspirować do wybrania kierunku dalszej nauki i kariery zawodowej. Jak przekonać ucznia o tym, że lubi chemię i ją rozumie i czuje kiedy nie ma w programie lekcji chemii? Jak wzbudzić w kimś zainteresowanie matematyką, nauczając go jedynie wyliczania reszty wydawanej w sklepie i liczenia do 100? Chcecie decydować za 7 latka o jego specjalizacji w nauce i późniejszej karierze zawodowej? A może za 12 czy 15 latka? A jeśli nie uczyć dzieciaków o tym jaki jest podstawowy towar eksportowy w Chile to o czym? O tym jak zakładać firmę? To bez sensu, zanim skończą szkołę te przepisy się zmienią cztery razy. Zapewne tego eksportowanego towaru nie zapamiętają, ale to, że istnieje taki kraj jak Chile to możliwe, że tak.

Po drugie jak bez takiej nikomu niepotrzebnej wiedzy zrozumieć ulotkę leku, zrozumieć co do Ciebie mówi lekarz gdy stawia Ci diagnozę, zrozumieć umowę kredytową (a Ty nie rozumiesz procentów) albo jak się nie dać oszukać naciągaczowi na piramidę finansową. Jak rozwijać u dzieci abstrakcyjne myślenia bez nauki matematyki i innych przedmiotów ścisłych? Jak rozwijać w nich wrażliwość i szacunek do kultury bez nauk humanistycznych? Jak rozwijać w nich naturalną ciekawość świata bez nauczania o tym świecie?

Po trzecie w szkole można nauczyć się jeszcze innych rzeczy. Niektóre dzieciaki wyłapią to same, inne powinny liczyć na wsparcie nauczycieli i rodziców. Że czasem wystarczy niewielki wysiłek, żeby osiągnąć zadowalające rezultaty. Że często by osiągnąć najlepsze rezultaty trzeba włożyć dużo więcej pracy. Że system można oszukać (często w nieuczciwy sposób ale czasem udaje się to zrobić uczciwie). Że porażka to nieodłączna część życia, że porażek można doświadczać i przeżyć - a nawet z nich skorzystać ucząc się błędach. Poczuć jak smakuje sukces - choćby najdrobniejszy. Poczuć jak to jest być częścią grupy. Poczuć jak to jest być z grupy wykluczonym. Poczuć czym jest stres. To wszystko przygotowuje do dorosłego życia. Idealnie by było gdyby uczeń miał w tym wszystkim wsparcie nauczycieli i rodziców. Ale nauczycieli wciska się w sztywne ramy programu nauczania, często ściga za autorskie programy i inicjatywę. Poza tym nie mają oni narzędzi i motywacji a rodzice wiedzy i czasu dla swoich dzieci.

Samo uczenie na pamięć jest jak najbardziej prawidłowym mechanizmem. Problem jest taki, że w szkole nie oceniają za nauczenie się na pamięć, ale za subiektywne przedstawienie swoich uczuć i wyrazu utworu podczas wypowiadania tego tekstu. Albo jedno, albo drugie.

Nie tylko wierszy uczysz się na pamięć, to był tylko przykład. Jest przyroda a potem historia, geografia i masa innych przedmiotów, które wymagają opanowania pamięciowego jakiejś tam porcji materiału.
Z drugiej strony recytacja wiersza, pomijając fakt, że musisz uczyć się go na pamięć, może nauczyć wielu innych rzeczy:

  • wyczucia rytmu czy tempa (i całej masy innych rzeczy na których się nie znam a których ludzie uczą się w szkołach aktorskich),
  • dykcji (czegoś co niezbędne jest każdemu aktorowi, pracownikowi radia czy telewizji, ale przydać się może każdemu),
  • publicznej prezentacji (to również może przydać się każdemu).

Oczywiste jest, że niewiele jest dzieci które mają naturalny talent aktorski i świetnie radzą sobie z recytacją wiersza. Ale prawidłowa dykcja i umiejętność prezentacji przed publicznością przyda się prawie każdemu. A tego się można uczyć i rozwijać jak każdą umiejętność. Wiadomo, że w rzeczywistości rzadko się trafia na nauczyciela, który ma chęć i umiejętności by to robić. A jak się trafia to i tak nie ma czasu tego robić po program nauczania jest przeładowany a klasy są liczne.

Ja sam tego nie cierpiałem. Też uważałem to za głupie, niepotrzebne i stresujące. Ale gdybym miał inne podejście, być może teraz byłoby mi łatwiej występować publicznie.

Okazji do autoprezentacji jest w szkole zdecydowanie za mało. Czasem jakiś referat czy prezentacja przed klasą i to tyle. Przed liczniejszą publicznością występują dzieci, które mają ku temu predyspozycje - na konkurs recytatorski czy do występu podczas apelu nauczyciel wybiera spośród dzieci chętnych.

To prawda - wielu dorosłych przeżywa ogromny stres lub robi wszystko, aby uniknąć występu publicznego. Na moich ostatnich studiach (zaocznych, więc grupa bardzo zróżnicowana wiekiem i historią edukacyjną) jakoś szczególnie mocno było to widoczne. Mieliśmy sporo prac, które należało wykonać całkowicie samodzielnie, a prowadzącemu i grupie zaprezentować rezultaty. Grupa naprawdę sympatyczna - nie było jakichś animozji, nielubień, czepiania się, prowadzący zazwyczaj pozytywnie nastawieni. I co? Zdecydowana większość osób miała ogromne problemy z opanowaniem stresu. Drżący głos, spuszczony wzrok (utkwiony w kartce lub monitorze), rumieńce, trudności z wysłowieniem, a nawet problemy z oddychaniem i utrzymaniem tonu głosu.

W szkole często wiele zależy od oczekiwań polonisty. Jeżeli lubi "aktorzenie" podczas recytacji, to jest tak jak piszesz. Jednak największa szopka jest podczas konkursów recytatorskich - często najwyższe miejsca zdobywają uczniowie, którzy recytują w sposób wręcz nieznośny - sztuczny i manieryczny. Byłam niedawno na takim konkursie. Po ogłoszeniu wyników napisałam maila do koleżanki polonistki, której uczennice startowały, bo jedna z nich nie zdobyła żadnej nagrody, ani wyróżnienia, a mówiła tak, że łzy mi poleciały - bez gestykulacji, bez cudowania z intonacją, za to z takim zrozumieniem i prawdą, że szok. Na jurorach nie zrobiła wrażenia.

Z mojej szkolnej historii pamiętam właśnie czas w liceum, gdy przez kilka miesięcy mieliśmy zastępstwo na polskim. Żyłam w błogim przekonaniu, że piszę w miarę dobrze (uważając na ortografię, bo tu miałam spore problemy, ale od czego są synonimy ;) ), polonistka dawała mi sporo punktów za styl. Pojawiła się druga pani profesor i niespodzianka - wypracowanie na 3+, co drugie zdanie podkreślone z uwagą "styl", "styl", "styl". :)

Edukację trzeba ująć w jakieś ramy. Ramy niestety nie uznają poszczególnych indywidualności uczniowskich osób i różnego tempa ich rozwoju. Tak naprawdę system ratują ludzie. Dużo zależy od szczęścia na jakich nauczycieli trafisz, jakimi są ludźmi, jakie mają zainteresowania i stosunek do zawodu.
W podstawówce miałem fantastyczną babkę od geografii, zapisałem się do kółka geograficznego i co sobotę wędrowałem z paczką na wycieczki.
Na pewnych studiach spotkałem psychola wykładającego fizykę, który znęcał się nad słabszymi uczniami, wyzywał i poniżał. Okropny cham...
Na innym kierunku spotkałem w przeciwieństwie do poprzedniego takich bystrzaków i sympatycznych ludzi, że z trudem rozstałem się z uczelnią.
Nasza droga życiowa od najmłodszych lat to tak naprawdę seria spotkań. Jeżeli będziesz miał szczęście, ludzie wzbogacą twoje życie, dadzą impuls do działania i pomogą.
Jeżeli szczęścia zabraknie i trafisz na prymitywnych typków, życie będzie serią koszmarnych zderzeń. A takie "wgniecenia" ciężko wyklepać i często wymaga to wielu lat by wrócić na właściwe tory...

Zgadzam w się w 100%. Bardzo wiele zależy od tego na kogo się trafi. I mówię zarówno o nauczycielach jak i uczniach / studentach Tak, tak... to z kim jesteś w grupie / klasie też ma znaczenie - trudno wynieść cokolwiek ze szkoły jeśli starasz się przynależeć do grupy (a dzieciakiem będąc chce się przynależeć do grupy jak durna by on nie była), która ma wszystko gdzieś. Wiadomo, że młodość ma swoje prawa, każdemu odwalało gdy był gówniarzem. Ale wszystko ma swoje granice i widziałem ludzi, którzy zanim ich życie się tak naprawdę zaczęło - sami się niszczyli.

Ja miałem to szczęście, że trafiłem na trójkę nauczycieli, którzy praktycznie zmienili moje życie. O resztę już się sam postarałem - ale te kilka delikatnych szturchnięć, które wprowadziło na właściwe tory (może lepiej byłoby napisać - pomogło wypaść z tych niewłaściwych) zawdzięczam właśnie im. Do końca życia ich nie zapomnę.

Najsmutniejsze jest to, że najlepsi nauczyciele uciekają z tego zawodu. Dlaczego? Znam kilku nauczycieli, nie lubią o tym gadać ale powodów jest wiele. Czego brakuje, to powodów, żeby nie uciekać. I niech tylko nikt nie pisze o "powołaniu". Powołanie to powinien mieć ksiądz albo zakonnica opiekująca się chorym na AIDS czy trąd. Nauczyciel powinien mieć narzędzia, które pozwolą mu sumiennie wykonywać swoją pracę. Odpowiednie przepisy, odpowiednie pomoce, wsparcie dyrekcji, gminy, kuratorium (a to wszystko albo już nie istnieje albo się to do reszty im psuje). I motywację. A trudno mówić o motywacji, gdy za upokarzające zarobki musisz walczyć z dyrekcją, potężną biurokracją, absurdami w programach nauczania, błędami i bzdurami w podręcznikach. I z rodzicami - tymi, którzy w życiu nie skalali się pracą, zajmują się przede wszystkim piciem i ćpaniem ale i tak będą pouczać nauczycieli i uczyć ich pracy pedagogicznej a także z tymi roszczeniowymi, którzy pracując w spożywczaku czy w biurze mówią nauczycielowi - Pani/Panu to się w życiu nie powiodło, że została Pani/Pan nauczycielem (jednocześnie oczekując, że Ci za nich wychowają im dzieci).

Jeśli to rzeczywiści dzieci są przyszłością narodu to biada nam. Bo jeśli na kasie w biedronce można zarobić lepiej niż w szkole to kto będzie chciał te dzieci uczyć?

Pracowałam jako nauczyciel przyrody przez 8 lat - w jednej szkole 7, w drugiej już tylko rok na zastępstwo. Miałam wspaniałych uczniów, którzy do dziś pisują do mnie na Facebooku o tym, co u nich słychać, co robią. Klasa, w której miałam pierwsze wychowawstwo to już studenci. Dzieci, które uczyłam zaledwie przez rok w miejscowości, w której mieszkam, pozdrawiają na ulicy, pytają, czy jeszcze wrócę do szkoły. Raczej nie wrócę. Jako nauczyciel kontraktowy zarabiałam jakieś 1800 złotych na rękę. Od strony "papierkowej" jest masa rzeczy demotywujących, wkurzających po prostu. "Najlepszy" nauczyciel w rozumieniu kuratorium i ministerstwa to taki, który dobrze się wykazuje na papierze, pisze sążniste konspekty i sprawozdania.

Z drugiej strony praca w szkole to również spotkania z fantastycznymi osobami - dziećmi, które są tak różne, mają ogromny potencjał, dobrze podaną wiedzę o świecie chłoną jak gąbki i ich rodzicami, którzy często przychodzą po prostu powiedzieć, że cieszą się, że dziecko lubi mój przedmiot, że po takiej czy innej lekcji samo sięgnęło do książek popularnonaukowych, czy pokazywało im filmik z YT, który był na lekcji, że szukało więcej informacji na jakiś temat. Zawsze starałam się wiązać wiedzę z jej praktycznym zastosowaniem. W czwartej klasie na trochę nudnych a trochę trudnych tematach o planach, mapach i skali oglądaliśmy sobie projekty domów i mieszkań, dzieciaki projektowały pokój i zagospodarowanie działki (dom, garaż, miejsca parkingowe, ogród). W szóstej klasie na krajobrazach Ziemi oglądaliśmy fragmenty programów znanych podróżników, a przy wiecznej zmarzlinie pokazywałam z YT, jak latem w tajdze ciężarówki toną w błocie, bo woda nie ma gdzie wsiąknąć. :)

Nauka języka w szkole to dopiero porażka..jedyny plus szkoły to taki, że możesz poznać swoich przyjaciół 😉

Nie mogę się nie zgodzić, że języki obce w szkole to porażka... Tyle lat nauki, a człowiek i tak rozdziawia głupio gębę, gdy próbuje sklecić parę zdań podczas rozmowy z zagranicznym turystą. Ale to też zależy sporo od nauczyciela. Gdy trafiłem przed maturą na świetną anglistkę, to przez rok nauczyłem się przy niej więcej niż przez wszystkie poprzednie lata...

Mogę się jeszcze pouczyć ale żeby tak wrócić do szkoły to nie, nie... ;)

Teraz jak wspominam szkołę, to głównie widzę przyjemne obrazy różnych śmiesznych sytuacji, wygłupów ze znajomymi, pierwszych podrywów itp. Jakoś tak się złożyło, że to co w szkole działo się na przerwach przyćmiło samą naukę :D Technikum póki co wspominam najlepiej.

Ja szkoły jeszcze nie skończyłem, zostały mi dwa lata technikum.

Chce ją skończyć jak najszybciej, szczerze to mam dość tego absurdalnego systemu oraz jednego nauczyciela.

Szoły, szkoły i po szkołach.

Przychodzi życie i zaczynamy zastanawiać się po co to, czy tamto nam było. Prawda jest taka - nasze mózgi (bez obrażania kogokolwiek) są jak procesory komputerów, ich moc obliczeniowa jest wystarczająca do jakiegośtam podtrzymywania podstawowych funkcji systemu, ale, moim zdaniem, zbyt niska byśmy mogli wykalkulować pozytywny, czy negatywny skutek, czy wynik czegokolwiek, co dopiero 1 tematu na geografii, jednego przedmiotu jak matematyka, czy całej szkoły jak technikum, czy studia.
Dobry był system edukacji, czy zły, dobry ten nauczyciel, czy mi życie popsuł, dobrze, że poszedłem na studia, czy lepiej jak bym poszedł do pracy, a może lepiej by było jak bym się urodził pośród Mononitów?

W moim życiu dotarło do mnie jedno - nieważne co się stało i co się dzieje, wszystko ma swój cel, jest akcja i reakcja.

To czy wynik będzie pozytywny, czy negatywny, nie zależy od naszego postrzegania tego co się stało, czy co się dzieje, a już na pewno co się stanie, ale od szeregu zmiennych w ciągle zmieniających się konfiguracjach i wpływających na siebie czynników, których (i sorki nie wiem jak Wy), ale ja swoim mózgiem przewidzieć,definitywnie coś potwierdzić, lub czemuś zaprzeczyć, nie potrafię.

Czy zatem dobrze wspominam szkołę?

Ogólnie tak, ale były momenty słabsze. To jednak jest tylko zdanie subiektywne, mój rodzic, czy kolega mógłby powiedzieć - ale ten Peter to miał pojechaną tą szkołę ;)

Pozdrowionka i miłego dzionka :)

Peter

Coin Marketplace

STEEM 0.04
TRX 0.32
JST 0.082
BTC 62333.05
ETH 1669.91
USDT 1.00
SBD 0.41